Pierwsze dni w Cusco poświęcamy na aklimatyzację i zbadanie ofert lokalnych biur turystycznych. Naszą wizytę na Machu Picchu chcemy poprzedzić kilkudniowym trekkingiem, którego zwieńczeniem miałoby być odwiedzenie najsłynniejszej atrakcji w całej Ameryce Południowej. Zdajemy sobie sprawę, że przejście Inca Trail jest niemożliwe ze względu na dzienny limit 500 osób i konieczność zarezerwowania miejsca minimum 3 miesiące wcześniej. Okazuje się jednak, że do Machu Picchu prowadzi kilkanaście różnych dróg, z których najciekawszą wydaje się Salkantay Trek. Najpopularniejszy wariant trwa 5 dni, a jego kluczowym momentem jest wspięcie się na przełęcz na wysokości 4630 m n.p.m. Zdecydowana większość turystów decyduje się skorzystać z usług biur turystycznych, które oferują asystę przewodnika wraz z tragarzami, pełne wyżywienie, a nawet noclegi w specjalnych kapsuło-namiotach z wygodnym łóżkami w środku. Nie chcąc jednak iść drogą na skróty i odbierać sobie finalnej satysfakcji, a przy tym oszczędzając kilkaset dolarów, postanawiamy przebyć trasę bez niczyjej pomocy.

Statystki (w 2016 roku Machu Picchu odwiedziła rekordowa ilość 1,4 mln turystów) i analiza trasy uświadamiają nam, że nie ma co liczyć na samotność na szlaku. Duża popularność drogi i mnogość agencji oferujących przejście Salkantay Treku, sprawiają że infrastruktura na trasie jest w pełni rozwinięta i utworzone są stałe punkty campingowe, na których postanawiamy nocować. 

Podejmujemy również dosyć ryzykowną decyzję i decydujemy się na zabranie zmniejszonych porcji żywieniowych. Zaopatrujemy się w prowiant na śniadanie, kupujemy dodatkowe przekąski na trasę, jednak rezygnujemy z tachania półproduktów potrzebnych do przyrządzenia czterech obiadów. Liczymy, że uda nam się kupić obiad w punktach noclegowych; informacje w internecie nie dają jednoznacznej odpowiedzi, jednak postanawiamy zaryzykować. Decydujemy się również na wynajem cieplejszych, puchowych śpiworów, aby uniknąć powtórki przykrych doświadczeń z Inca Trail w Ekwadorze i osiągnąć zadawalający komfort termiczny.

W klasycznym i budżetowym (pieszym) wariancie trasa Salkantay Treku wynosi około 77km (nie wliczam do tego dnia zwiedzania Machu Picchu i gór wchodzących w jego skład) i rozpoczyna się w wiosce Mollepata na wysokości 2803 m n.p.m, następnie przechodzi przez przełęcz Salkantay na wysokości 4630 m n.p.m, by ostatecznie zejść na wysokość 2040 m n.p.m do miasteczka Aguas Calientes, będącego bazą wypadową do zwiedzania inkaskich ruin. W zależności od tempa, można na jej przebycie poświęcić od 4 do 8 dni. Nasze bilety na Machu Picchu (zdobycie ich bez komputera jest trudniejsze niż się wydaje) ostatecznie rezerwujemy na 5 września, a w trasę ruszamy 1 września. 

Mollepata (2803 m n.p.m) – Soraypampa (3900 m n.p.m) – 8h

Zrywamy się w środku nocy by złapać transport z Cusco do Mollepata. O 4 nad ranem jesteśmy w punkcie skąd odjeżdżają wszystkie autobusy, przed przyjazdem jakiegokolwiek z nich łapiemy jednak collectivo i upakowani w trójkę na tylnej kanapie zdezelowanego auta, ruszamy do naszego punktu startowego. Z dwójką dodatkowych pasażerów w bagażniku, po niecałych trzech godzinach, docieramy na miejsce. Nasz jedyny zapasowy obiad, kupiony dzień wcześniej u chińczyka, makaron z warzywami, źle zniósł drogę przepełnioną serpentynami i zaczął mocno przeciekać. Sybilla znajduje genialne w swojej prostocie rozwiązanie i postanawia, niepomna mojego protestu, wyrzucić do kosza całe jedzenie, skazując nas już ostatecznie w kwestii obiadowej na wsparcie osób trzecich. Mimo wszystko na szlak ruszamy pełni optymizmu i niewiedzy w co się pakujemy. Maszerujemy kawałek drogą, którą co rusz mijają nas minivany wypełnione turystami (agencje najczęściej pomijają ten odcinek trasy) i zbaczamy na dobrze oznaczoną ścieżkę. Na szlaku nie spotykamy za wiele osób, od czasu do czasu mijają nas tylko tragarze, prowadzący karawanę koni i osłów, wnoszących dodatkowe bagaże i zaopatrzenie. Idziemy równym tempem i w przyzwoitym czasie pokonujemy pierwsze 14 km trasy wiodące cały czas pod górę. Wkrótce ukazuje się przed nami piękna panorama ośnieżonych szczytów gór, co daje nam siły na pokonanie ostatnich, już w miarę płaskich kilometrów. Całkiem wykończeni docieramy do Soraypampa przed 15:00. Okazuje się, że o ile ze znalezieniem miejsca na rozbicie namiotu nie ma problemu, to z punktem gastronomicznym jest trochę gorzej. Ostatecznie po godzinie szukania, rozbijamy się na ostatnim polu namiotowym, gdzie urzęduje lokalny kucharz, który za niewielką opłatą wyczarowuje dla nas pyszny obiad. Najedzeni kładziemy się wcześnie spać by zregenerować siły na jutrzejszy, najtrudniejszy odcinek trasy.

Soraypampa (3900 m n.p.m) – Salkantay pass (4630 m n.p.m) – Chaullay (2900 m n.p.m) – 10h

Nad ranem okazuje się, że obiad był co prawda pyszny, ale niekoniecznie zrobiony z najświeższych produktów (drugie podejrzenie to choroba wysokościowa). Sybilla walczy o życie całą noc, biegając co 5 min do toalety i jest kompletnie wyczerpana. Nie jest w stanie przyjmować jakichkolwiek pokarmów i jest w fatalnym stanie psychicznym. Stajemy przed trudną decyzją odnośnie kontynuacji naszej wspinaczki. Rozsądek podpowiada żeby zawrócić, jednak ostatecznie o 7:00 rano decydujemy się wyruszyć w trasę. Przed nami najcięższe podejście, tempo marszu mamy ślamazarne, ale dzielnie brniemy naprzód. Pokarmem Sybilli stają się banany i snickersy, które pozwalają jej na odnalezienie jakichkolwiek zapasów energii. Szybko przeganiają nas idący na lekko pozostali turyści, a my mając za sobą ledwie kilka kilometrów wspinaczki zastanawiamy się czy damy radę dotrzeć do wyznaczonego punktu biwakowego. Po 4 godzinach walki, stajemy około godziny 11:00 na przełęczy. Widoki są zachwycające, jednak nie mamy czasu na ich podziwianie i zaczynamy schodzić szybko w dół by poczuć się lepiej. Początkowe nadzieje na zwiększenie tempa szybko zostają rozwiane ze względu na bardzo kamieniste i strome zejście. Kolana i nogi dostają mocno w kość, a my mamy już wszystkiego dosyć. Rozważamy zmianę strategii i nocleg na campingu Huayramanchay położonym na wysokości 3850 m n.p.m. Nie mając jednak dni w zapasie skazywałoby nas to na nadrobienie dystansu w kolejnych dniach, gdzie i tak mieliśmy do pokonania około 20 km dziennie. Ostatecznie decydujemy się na dłuższy postój i 45 minutową regenerację. Po wygrzaniu się na słońcu i zjedzeniu kolejnej porcji owoców i batonów ruszamy w dalszą drogę. Krajobraz mocno się zmienia, z górzystego terenu przechodzi w mocno tropikalny las. Nachylenie trasy trochę łagodnieje, a my przez następne godziny schodzimy kilometr w dół. Radości z samego szlaku nie ma już za wiele, pozostał tylko ból i cierpienie. Finalnie około 17:00 docieramy do Chaullay. Okazuje się, że infrastruktura campingowa stoi tutaj na wysokim poziomie, po rozbiciu namiotu udaje nam się nawet wziąć ciepły prysznic. Nastrój od razu ulega poprawie, przyłączamy się do grupki z agencji i jemy z nimi wspólnie obiad. Kilka godzin spędzamy świetnie się bawiąc przy tradycyjnie peruviańskiej grze sapo. Relaksujemy się i z poczuciem, że gorzej niż dzisiaj już być nie może, udajemy się na spoczynek.

Chaullay (2900 m n.p.m) – Ccapac nan (2200 m n.p.m) – 7h

Wstajemy trochę później niż zazwyczaj, jemy klasyczne śniadanie złożone z owsianki z owocami oraz orzechami i ruszamy w dalszą drogę. Dzisiejszy odcinek wydaje się być najmniej obciążający fizycznie, także nie śpieszymy się i maszerując spokojnym tempem podziwiamy okolicę. Podczas postojów uzupełniamy zapasy i odkrywamy granadille, kuzynkę marakui o bardzo zbliżonym smaku. Po kilku godzinach docieramy do La Playa, miejsca gdzie część grup kończy swój trekking i vanami jest podwożona do Santa Teresy, a następnie Hidroeléctrici. My podchodzimy jeszcze kawałek, mijając wioskę pełną plakatów i murali wyborczych. Odkąd jesteśmy w Peru co rusz napotykamy na całe domostwa odmalowane w barwy wyborcze poszczególnych kandydatów. Co ciekawe, głosowanie odbywa się poprzez zakreślenie znaku charakterystycznego dla danej partii. Te bywają niezwykle barwne: od zwykłych liter poprzez lamy, na inkaskich wodzach w pióropuszach kończywszy.  Dochodzimy do campingu Ccapac Nan, który poleciła nam mijana para Francuzów. Leniuchujemy i zbieramy siły na ostatni dzień wędrówki.

Ccapac nan (2200 m n.p.m) – Aguas Calientes (2040 m n.p.m) – 7,5h

Zaczynamy od stromego podejścia na Llaqtapata, gdzie znajdują się inkaskie ruiny. Jest to także pierwszy punkt z którego rozpościera się panorama na Machu Picchu. Llaqtapata, odkryte w 1912, a dokładniej zbadane dopiero w 2003 roku wzbudza niesamowite wrażenie ze względu na swoje usytuowanie. Przedzierając się przez leśną gęstwinę w pewnym momencie wychodzi się wprost na polanę, na której znajdują się pozostałości inkaskiego domostwa. Ruiny są w nie najlepszej kondycji, ze względu na bujną roślinność i lata pozostawienia ich samych sobie. 

Po uciążliwej wspinaczce na górę, czeka nas jeszcze bardziej męczące zejście. Szlak wiedzie niemal pionowo w dół, a ja czuję jak powoli moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Po ponad godzinie schodzenia docieramy w końcu do podnóża góry. Po kolejnych kilometrach dochodzimy do Hidroeléctrici, gdzie mieści się stacja kolejowa, będąca punktem wypadowym do Aguas Calientes. Peruwiańska kolej bardzo się jednak ceni i za przebycie 10 km odcinka liczy sobie 30$ w jedną stronę. Wraz z rzeszą innych turystów decydujemy się jednak na rozwiązanie budżetowe i spacer wzdłuż torów. Ścieżka wiedzie tuż przy linii kolejowej, czasami wręcz zmuszając ludzi do chodzenia po szynach. Podejrzewam, że w jakimkolwiek europejskim państwie by to nie przeszło, tutaj jednak jest to traktowane bez większego zdziwienia. Wzdłuż torów rozwinął się biznes, gdzie miejscowi oferują znużonym wędrowcom posiłki i wszelkiego rodzaju napoje. 

Po ponad dwóch godzinach docieramy w końcu do Aguas Calientes, miasta, które stało się maszynką do robienia pieniędzy na zagranicznych turystach. Ceny są tutaj minimum trzy razy wyższe niż gdziekolwiek indziej, a jakość usług wcale nie najlepsza. Ze względu na strategiczne położenie miasta nie ma jednak innych alternatyw. Meldujemy się w hostelu i padnięci postanawiamy kupić bilety na poranny autobus do Machu Picchu, darując sobie wątpliwą przyjemność 2 godzinnej wspinaczki o 4:00 nad ranem. 

Machu Picchu (2430 m n.p.m) 

W 2007 roku w celu ochrony bezcennego zabytku, wprowadzono dwie godziny wejścia do kompleksu na 6:00 i 12:00 z limitem 2500 osób na każdą z nich. Dodając dodatkowe bilety na Huayana Picchu i Montaña łącznie dzienny limit wynosi 6200 osób. Nasze wejściówki kupiliśmy na poranną zmianę w pakiecie z wstępem na Montaña i już przed 6:00 ustawiamy się w mega długiej kolejce do autobusu. Te podjeżdżają co chwilę, mimo tego nie radzą sobie z takim nawałem turystów i do bram Machu Picchu docieramy tuż przed 7:00. Oficjalnie kompleks można zwiedzać tylko z przewodnikiem, tak naprawdę jednak zasada ta nie jest w jakikolwiek sposób respektowana. Mimo tego decydujemy się na wydanie dodatkowy soli i zwiedzanie ruin w powiększonej grupie. Okazuje się to być bardzo dobrym rozwiązaniem, a dzięki naszemu przewodnikowi poznajemy niezwykła historię tego miasta. Pomimo zatrzęsienia turystów Machu Picchu nadal robi piorunujące wrażenie. Miasto wybudowane przy pomocy prymitywnych narzędzi, na szczycie góry, otoczone bujną dżunglą; to działa na wyobraźnię. Szacuje się, że w szczytowym momencie żyło tam około 750 osób, a sam kompleks służył celom religijnym. Inkascy budowniczowie byli niezwykle zmyślnymi architektami, a cześć ich budowli, jak kanał irygacyjny działają do dzisiaj.

Zwiedzamy ruiny wsłuchując się w historię powstania i upadku miasta. Tracimy rachubę czasu, a do godziny 10:00 musimy rozpocząć wspinaczkę na położoną na wysokości 3082 m n.p.m. Montana. Docieramy do punktu kontrolnego w ostatniej chwili i rozpoczynamy wyczerpujące podejście po 2760 stopniach. Wspaniała panorama na Machu Picchu wynagradza nam trud i pozwala na zrobienie obowiązkowych zdjęć. Wypoczywamy na szczycie, napawając się widokiem. Po zejściu z Montaña obchodzimy jeszcze raz cały kompleks, tym razem bez przewodnika, celebrując nasz czas w tym niezwykłym miejscu. Tak naprawdę, przy porannym bilecie można zostać aż do zamknięcia bram, gdyż przy takiej ilości turystów nie ma możliwości kontroli biletów po przekroczeniu bramy głównej. Oficjalnie trzeba podążać tylko wytyczoną ścieżką i zabronione jest zawracanie. W cenie biletu można też zrobić krótkie spacery do Inka bridge i Sun Gate. 

Machu Picchu opuszczamy przed godziną 15:00 i drogę powrotną do Aguas Calientes pokonujemy na piechotę. Szybko dochodzimy do wniosku, że 10 km powrót z plecakami po torach to ostatnia rzecz, na którą mamy teraz ochotę, dlatego nocujemy jeszcze jedną noc w mieście i rano na spokojnie wracamy do Hidroeléctrici. Stamtąd łapiemy collectivo i po 6h godzinach drogi i jednej przebitej oponie docieramy do Cusco.

Ps Dzisiaj bardzo smutny dzień, Sybilla rozpoczyna swój 4 dniowy powrót do domu (8 lotów!). Będzie jeszcze jeden wpis ze wspólnej wyprawy, a później już tylko moje samotne perypetie.