Mancora

Do Mancory docieramy nad ranem, całkowicie wyczerpani całonocną podróżą autobusem. Pokonanie 350 kilometrowego odcinka z Ekwadoru do Peru zajmuje nam prawie dwanaście godzin, z czego cztery spędzamy, w środku nocy, na przejściu granicznym. Wbicie dwóch stempli do paszportu okazuje się być niezwykle skomplikowaną procedurą. O ile pieczątkę wyjazdową udaje nam się zdobyć w dosyć krótkim czasie, to przy peruwiańskim stanowisku giniemy w niekończącej się kolejce ludzi. Dwóch oficerów obsługuje kilka autobusów, a każdy petent musi odpowiedzieć na szereg standardowych pytań, złożyć odciski palców i zapozować do obowiązkowego zdjęcia. Dodatkowo, jedną urzędniczkę przerasta obsługa komputera wraz z czytnikiem, a jej tempo pracy jest trzy razy wolniejsze od siedzącego obok kolegi.

Sama wioska okazuje się peruwiańskim odpowiednikiem surferskiej Montañity. Zatrzymujemy się tutaj niejako po drodze, bez konkretnego planu działania. Wita nas słoneczna pogoda i leniwa atmosfera wymalowana na twarzach okolicznych naganiaczy. Tłumy zjeżdżają nad wybrzeże w grudniu, poza sezonem zaś Mancora działa na zwolnionych obrotach. Decydujemy się odpocząć chwilę od ciągłego przemieszczania się i meldujemy się w hostelu na dwie noce. Poza opalaniem się na plaży nie ma za wiele do roboty, a brak fal uniemożliwia nam podszkolenie się w surfowaniu. W związku z koniecznością powrotu Sybilli do Polski przez Quito, decydujemy się na poczynienie pierwszych przygotowań w tym kierunku i nabycie powrotnych biletów samolotowych. Kupujemy też kolejny, nocny bilet autobusowy, z nadzieją że tym razem podróż przebiegnie bez komplikacji.

Trujillo

Miłość do archeologicznych zabytków została zaszczepiona mi w młodości poprzez zwiedzanie z rodzicami greckich wykopaliskach w 40 stopniowych upałach. Trujillo słynie zaś z pozostałości preinkaskich kultur, które zostałe wydobyte na światło dziennie i udostępnione szerszej publiczności stosunkowo niedawno. Jako totalny ignorant nie posiadałem prawie żadnej wiedzy na ten temat, a szczątkowe informacje na temat peruwiańskich cywilizacji ograniczały się do Inków i ich upadku za sprawą hiszpańskich najeźdźców. Postanawiamy się dokształcić i w ramach krótkiego pobytu w Trujillo zwiedzić kompleks Chan Chan i Huaca de la Luna.

Naszym gospodarzem zostaje Jorge, który okazuje się wspaniałym człowiekiem, robiącym wszystko by nasz krótki pobyt w jego rodzinnym mieście był jak najprzyjemniejszy. Po porannym zameldowaniu idziemy na szybki obchód centrum i kupujemy lokalną kartę sim za która płacimy 30 soli (1 sol = 1,20 zł). Poza kilkoma kolorowymi kolonialnymi budynkami, rynek nie wzbudza naszego zachwytu. Miasto sprawia wrażenie niedoinwestowanego, a bliskość unikatowych wykopalisk nie jest w jakiś szczególny sposób promowana. Postanawiamy nie zwlekać dłużej i łapiemy collectivo do Chan Chan.

Wybudowane około 1300 roku miasto jest pozostałością kultury Chimú, której okres panowania przypada na lata 850 – 1471, kiedy to zostali podbici przez Inków. Kompleks Chan Chan zajmuje imponujący rozmiar 20 km², co czyni go największym prekolumbijskim miastem w obu Amerykach. Niestety, większa część pozostałości została zniszczona, przez nawiedzające wybrzeże Peru cykliczne powodzie (efekt El Niño) i sukcesywną grabież konkwistadorów i lokalnych poszukiwaczy przygód. Poza pałacem Tschudi (jednym z 13 do tej pory odkrytych), który jako jedyny został oficjalnie udostępniony do zwiedzania turystom, po dziś dzień dostęp do ruin nie jest w jakikolwiek sposób zabezpieczony. Brakuje pieniędzy, a peruwiański rząd nie jest zbytnio zainteresowany poprawą tej sytuacji i zainwestowaniem milionów dolarów w restaurację kompleksu.

Pomni niezbyt udanej wizyty w egipskim muzeum, postanawiamy nie popełnić tego samego błędu i wynajmujemy przewodnika, aby oprowadził nas po ruinach pałacu. Okazuje się to być dobrą decyzją ze względu na bardzo znikome oznaczenia i opisy poszczególnych pomieszczeń. Poznajemy historię Chimú i zwyczaje jakie obowiązywały w tej hierarchicznej kulturze. Przodkowie Inków byli bardzo zaawansowanymi architektami, a miasto liczące w szczycie około 60 tysięcy mieszkańców było otoczone 3 metrowymi murami i zaopatrzone w zaawansowany system irygacyjny. Zwiedzamy kolejne pomieszczenia pałacu, podziwiając symbole wyryte na murach i rozszyfrowując ich znaczenie. Całość zajmuje około godziny, a my mamy poczucie bardzo dobrze zainwestowanych pieniędzy. 

Następnego dnia udajemy się do znajdującego się po drugiej stronie miasta kompleksu Huaca de la Luna, będącego pozostałością kultury Mocha, starszych braci Chimú. Podobnie jak w przypadku Chan Chan tak i tutaj widać brak funduszy na dalsze prace wykopaliskowe. W pobliżu znajduje się ogromna 40 metrowa świątynia Huaca del Sol, która jest w całości wyłączona ze zwiedzania. Szacuje się, że z powodu El Niño i silnej erozji, jak i grabieży hiszpańskich konkwistadorów, prawie 2/3 budowli uległo zniszczeniu. Zwierzchnictwo nad całym kompleksem Huacas de Moche sprawuje Uniwersytet w Trujillo, lecz jakiekolwiek prace archeologiczne są wspierane przez prywatnych inwestorów. W ramach biletu wstępu otrzymuje się również bezpłatne towarzystwo przewodnika.

Huaca de la Luna wyróżnia się doskonale zachowanymi malowidłami, którymi przyozdobiona jest świątynia. Historycy uważają, że kompleks służył głównie celom religijnym, a na miejscu odkryto wiele szczątków ludzi, którzy zostali tam złożeni w ofierze. Sam budynek zbudowany był z suszonych cegieł w formie odwróconej piramidy, gdzie każdy poziom (do tej pory doliczono się co najmniej sześciu) był wyznacznikiem nowej epoki w kulturze Moche. Odkryto również, że pod widoczną warstwą malowideł znajdują się starsze rysunki, co jednoznacznie wskazuje na kilkanaście różnych rozdziałów historii świątyni. Na głównej ścianie pałacu widać głęboką wyrwę po miejscu, w którym konkwistadorzy dostali się do wnętrza budynku, w celu poszukiwania złota. Obok, całkiem niedawno, odkryto imponujący mural pełny wskazówek dotyczących sposobu postrzegania świata przez tę prekolumbijską cywilizację. 

Spacer po wykopalisku trwa około godziny, próbujemy jeszcze dostać się do znajdującego się niedaleko muzeum lecz późna pora zmusza nas do zmiany planów. Pełni nowej wiedzy, jeszcze tego samego dnia, łapiemy nocny autobus do Limy.

Lima

W stolicy zatrzymujemy się w bogatej dzielnicy Miraflores, która w pewnym sensie przypomina mi Maimi, znane skądinąd tylko z hollywoodzkich produkcji. Jest bardzo europejsko, spacerując wzdłuż klifów, pośród nienagannie przystrzyżonej trawy, mijamy rzesze ludzi uprawiających sporty i cieszących się pięknym widokiem na ocean. Pozwalamy sobie również na małe szaleństwo, odchodzimy od standardowych latynoskich posiłków i stołujemy się w lokalnych knajpach serwujących mocno europejskie jedzenie. 

Pierwszy dzień przeznaczamy głównie na zwiedzanie Miraflores i wizytę w muzeum Larcos, w którym mieści się największa prywatna kolekcja sztuki prekolumbijskiej. Mamy możliwość zobaczyć imponującą kolekcję ceramiki z różnych okresów, obejmującą również kulturę Moche i Chimú. Wrażenie wzbudza również osobny dział poświęcony ceramice erotycznej, w której przedstawiono chyba wszystkie pozycje z kamasutry. Eksponaty w muzeum są bardzo dokładnie opisane (rzadkość w Ameryce Południowej), a cała wystawa sprawia wrażenie starannie przemyślanej. Po wizycie, w ramach relaksu, istnieje możliwość odprężenia się w malowniczym ogrodzie. 

Drugiego dnia w Limie, jedziemy na stare miasto, które poza imponującym Plaza Mayor, przy którym mieści się pałac prezydencki, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Spacerujemy szlakiem wytyczonym w przewodniku, zaliczając kolejne obowiązkowe punkty programu. Nasz obchód kończymy w Chinatown, które przytłacza nas swoją gwarnością. Próbujemy wyciszyć się w jakimś parku… lecz takowego nie znajdujemy. Jest kilka terenów zielonych, we wszystkich jednak znajdujemy więcej betonowych ścieżek niż miejsc porośniętych trawą. W porównaniu z Barceloną, czy chociażby Wrocławiem, wypada to naprawdę słabo. Ostatecznie dochodzimy do biletowanego Parque de la Reserva, gdzie znajdują się multimedialne fontanny i codziennie odbywają się pokazy na wzór tych na Pergoli. Widowisko jest całkiem efektowne, lecz nie robi takiego wrażenia jak przy pierwszym oglądnięciu. Po zachłyśnięciu się Miraflores, przychodzi małe rozczarowanie i dochodzimy do wniosku, że nie ma co siedzieć w stolicy na siłę. Postanawiamy z dnia na dzień kupić bilety samolotowe do Cuzco, rezygnując tym samym z 22 godzinnej, męczącej podróży autobusem i odpuszczając tym samym sławne Nazca Lines.