Jesteśmy w Quito!

Czwartek upłynął pod znakiem podróży, a do naszego hostelu dotarliśmy bez większych przygód (okazuje się, że w autobusach w Quito niektóre drzwi otwierają się tylko na konkretnych przystankach, więc zmuszeni byliśmy wysiąść trochę dalej niż planowaliśmy). Z powodu małych opóźnień i słońca zachodzącego w okolicach równika już koło 18, jakiekolwiek zwiedzanie zostało zostawione na piątek. Po kolacji dodatkowa tragedia, zorientowaliśmy się, że nie ma śpiwora Sybilli, który najprawdopodobniej wypadł w autobusie. Bez niego się nie obejdzie, ale tym zajmiemy się już jutro.


Jet lag pomógł we wczesnym wstawaniu, więc rześko wyruszyliśmy w kierunku starego miasta. Nie ma zwiedzania bez śniadania, więc wstąpiliśmy jeszcze do lokalnego baru, gdzie zaserwowano nam tortillę z farszem o smaku pierogów ruskich. Dodatkowo odkryliśmy lokalny przysmak jakim jest pieczony banan.

Okazuje się, że stare miasto w Quito usiane jest co parę metrów kościołami. Naszą przygodę z tymi kolonialnymi zabytkami rozpoczęliśmy od Basilica del Voto Nacional, której wieże można wypatrzeć z każdego punktu miasta. Szybko udało mi się namierzyć pierwszy pomnik papieża Polaka, który stał przy głównym wejściu, upamiętniając jego wizytę w tym niezwykłym miejscu. Wnętrze nie zachwyciło, ale udało mi się wpisać do księgi pamiątkowej, także nie żałowałem wydanych 2$, które zmuszony byłem zapłacić by wejść do środka.

Nasze dalsze kroki skierowaliśmy w kierunku Plaza Grande, wokół którego mieści się pałac prezydencki i kolejna katedra. Okazuje się, że jest to też centrum kulturowe miasta, gdzie mimo wczesnej godziny, ławki były zapełnione mieszkańcami miasta (gdzie ci ludzie pracują?). Najbardziej spodobały mi się stanowiska pucybutów, którzy wybrali sobie jedną oddnogę placu jako miejsce prowadzenia swojego biznesu.

Kolejnym przystankiem, wyszczególnionym we wszelakich przewodnikach, był Iglesia de la compania, gdzie po zapłaceniu 5$ można było podziwiać wnętrze do którego budowy użyto prawie 70 ton złota. Zdjęć robić nie wolno było, ale od czego jest wikipedia. W cenie biletu było podobno darmowe zwiedzanie z przewodnikiem, lecz nikt nam o tym nie powiedział, co niestety nie pozwoliło nam w pełni docenić tego miejsca.

Zmęczeni trochę już tymi kościołami przeszliśmy jeszcze kawałek  by rzucić okiem na Iglesia y Convento de San Francisco, lecz poza placem wielkich rozmiarów, nie wyróżniał się on niczym specjalnym. Uznaliśmy, że odpuszczamy resztę kościołów (a jest ich jeszcze sporo) i stwierdziliśmy, że zaatakujemy pobliskie wzgórze na którego szczycie mieści się pomnik El Panecillo, który przedstawia „dziewicę z Quito”. Podejście nas wymęczyło, gdyż jest to wyprawa na 3000m, lecz panorama miasta była tego warta. Po drodze spotkaliśmy jeszcze przemiłych panów policjantów, którzy w trosce o nasze bezpieczeństwo udzielili cennych rad i sugerowali skorzystanie z autobusów.

Końcówkę dnia przeznaczyliśmy na obchód sklepów sportowych w poszukiwanie godnego śpiwora (czyt. temperatura komfort 0°). Wybór niestety dosyć słaby więc nic nie kupiliśmy, za to udało się zdobyć i aktywować lokalną kartę SIM. Ceny dosyść szokujące, szczególnie dla kogoś przyzwyczajonego do pakietu no limit za 30zł. Zapłaciliśmy 30$ za opcję z 2,5 GB internetu, ale przynajmniej jest kontakt ze światem w sytuacji awaryjnej.

A co z tym autobusem? Mając już 20km w nogach postanowiliśmy ulżyć sobie i skorzystać z komunikacji miejskiej. Ta niestety dzisiaj nam nie sprzyjała i się po prostu spierdoliła. Pokonani przez siły wyższe doczłapaliśmy się domu, kończąc tym samym zmagania na dzień dzisiejszy.