Ekwadorska wersja najsłynniejszej drogi trekkingowej w Południowej Ameryce nie zapewnia z pewnością tak spektakularnego finiszu jak jej peruwiański odpowiednik, lecz jeśli chodzi o widoki na pewno nie ma się czego wstydzić. W 2014 roku system dróg Qhapac Ñan (z języka keczuańskiego droga Inków), rozciągający się przez całe Andy, został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Póki co nie widać jednak zbyt wielu działań mających na celu popularyzację poszczególnych odcinków. Przygotowując się do pokonania tej trzydniowej trasy, znalazłem zaledwie kilka relacji odnośnie przejścia na własną rękę drogi od Achupallas do Ingapirca. Będąc jeszcze w Quito i nie mając świadomości o istnieniu aplikacji maps.me, udaliśmy się do Instituto Geografico Militar, w celu zakupienia topograficznej mapy z zaznaczonym interesującym nas szlakiem. Myślałem, że w środku będzie coś na wzór księgarni, gdzie miła pani z obsługi wskaże mi właściwą pozycję. Okazało się jednak, że w obiekcie wojskowym trzeba najpierw uzyskać przepustkę co, z powodu braku paszportu (mieliśmy tylko zdjęcia), wymagało kilkuminutowej pertraktacji ze strażnikiem. Z zezwoleniem w ręce udaliśmy się do odpowiedniego pomieszczenia. Przed zakupem pracownik instytutu pokazał nam na komputerze skany zdjęć konkretnych wycinków map, a następnie po uiszczeniu opłaty, wydrukował je i szczelnie zapakował. Okazało się, że fizyczna wersja to trzy arkusze papieru w formacie A1, wyglądające bardzo profesjonalnie. Odczucie jakby zdobyło się plany ważnego rządowego budynku. Oczywiście finalnie, po pobraniu aplikacji, nie było potrzeby używania map, a  noszenie ich przez miesiąc zajmowało cenne miejsce w plecaku.

45 kilometrową trasę rozplanowaliśmy na trzy dni z dwoma noclegami pod namiotem. Ze względu na brak jakiejkolwiek infrastruktury sprzyjającej turystyce, zaopatrzyliśmy się w niezbędny prowiant jeszcze w Cuence, przed przyjazdem do Alausi. Naszym głównym daniem został makaron z tuńczykiem, zaś za śniadanie miała służyć owsianka z owocami. Po kilkutygodniowym jedzeniu ryżu z mięsem nie wydawało nam się to taką tragiczną opcją. Do pokonania mieliśmy około 1000 m przewyższenia z najwyższym punktem trasy znajdującym się na wysokości 4400m n.p.m. Byliśmy optymistycznie nastawieni, a pewien niepokój wzbudzało tylko spanie w takich warunkach, ze względu na nasze nie najcieplejsze śpiwory. Ostatecznie zdecydowaliśmy się podążać za opisem szlaku ze strony summitpost.org i próbować spać w sugerowanych tam punktach.

Dzień pierwszy: Achupallas – okolice Tres Cruces

Rano, po pysznym śniadaniu, opuszczamy nasz hostel w Alausi i idziemy złapać transport do Achupallas. Okazuje się, że nie ma bezpośredniego połączenia autobusowego, więc by nie tracić czasu decydujemy się na taksówkę. Dzięki znalezieniu przez kierowcę dodatkowych współpasażerów, udaje nam się zbić pierwotą cenę. W czasie przejazdu taksówkarz pokrzepia nas opowieściami o turystach gubiących się na szlaku i gwałtownie zmieniającej się pogodzie, sugerując przy tym wynajęcie przewodnika. Z pewną dozą niepokoju, trasę rozpoczynamy po godzinie 10:00, początkowo kierując się wzdłuż szutrowej drogi dochodzącej do wioski. Szlak nie jest w jakikolwiek sposób oznaczony i znalezienie go bez GPSa, wydaje się dosyć karkołomnym zadaniem. W pewnym momencie od drogi odchodzi mała ścieżka, a my mijamy ostatnie domostwa. Kierujemy się cały czas pod górę, a po pokonaniu pierwszego stromego podejścia trasa łagodnieje, wkraczając do ciągnącej się kilka kilometrów doliny. Pogodę mamy fantastyczną, świeci słońce i pomimo zwiększającej się wysokości nie odczuwamy dużych różnic temperatury. Doskwiera nam tylko obciążenie naszych plecaków, do których klasycznie zabraliśmy zbyt dużo niepotrzebnych rzeczy. Swoje waży też jedzenie na trzy dni i namiot z Decathlonu. Na drodze nie spotykamy żadnych turystów i dopiero w czasie szukania miejsca do pierwszego noclegu dostrzegamy schronienie sąsiadów. Po 5h marszu napotykamy na strome podejście. Pogoda się pogarsza, słońce znika za grubą warstwą chmur, a my szybko tracimy siły. Szukamy źródła wody oznaczonego na mapie, lecz po dodatkowej godzinie wspinania rezygnujemy i rozbijamy się na jedynym względnie suchym i płaskim miejscu. Gotowanie wody na herbatę i makaron zajmuje nam dramatycznie dużo czasu i pojawiają się obawy, że nasza mała butla gazowa może nie wystarczyć. Silny wiatr zmusza nas do przygotowania posiłku w przedsionku namiotu co dodatkowo zwiększa ryzyko samospalenia. W końcu, po kilku godzinach walki i dwóch wywróconych menażkach z makaronem, udajemy się na spoczynek.

Dzień drugi: Tres Cruces – ruiny Paredones 

Jeżeli wieczorne gotowanie było wolne to poranne zwijanie obozu przekroczyło wszelkie normy ślamazarności. Z powodu zimna udaje nam się zasnąć dopiero nad ranem i wstajemy gdy słońce już od kilku godzin ogrzewa namiot. Wyruszamy w trasę o 11:30, przed nami pokonanie najwyższego punktu treku, a nasza kondycja po nieprzespanej nocy pozostawia wiele do życzenia. Na nasze szczęście szybko okazuje się, że wczoraj dotarliśmy nawet dalej niż planowaliśmy, jezioro którego szukaliśmy było dosłownie kilkanaście metrów przed nami, a my znajdujemy się prawie na 3900 metrach n.p.m. Po dwugodzinnej wspinaczce docieramy do grani Tres Cruces i mijamy najwyższy punkt naszej wędrówki. Dzięki bezchmurnemu niebu mamy piękny widok na lagunę Santzahuin, jednak niezwykle silny wiatr zmusza nas do szybkiego opuszczenia szczytu. Przed nami strome zejście wzdłuż ścieżki, która zamieniła się w błotnisty strumyk. Nasze obuwie za miliony monet jest jednak na to gotowe i po godzinie uciążliwego schodzenia jesteśmy na dole i podziwiamy panoramę jeziora Culebrillas znajdującego się przed nami. Przeskakujemy, nie do końca suchą nogą, przez dopływ przecinający dolinę i tym razem dosyć dobrze widoczną ścieżką maszerujemy przez kolejne godziny. Dochodzimy do pozostałości ruin inkaskich i ze względu na dobre położenie i bliskość źródła wody pitnej postanawiamy zakończyć dzisiejszą wędrówkę wcześniej niż planowaliśmy. Rozbijamy namiot, słońce nie opuszcza nas aż do zapadnięcia zmroku, a doświadczenia poprzedniej nocy pozwalają na szybsze ogarnięcie jedzenia.

Dzień trzeci: Paredones – Ingapirca

Tym razem wstajemy całkiem przyzwoicie i już przed godziną 9:00 jesteśmy w trasie. Ostatni odcinek szlaku wydaje się niewymagający, a my kierujemy się cały czas łagodnie w dół. Szybko dochodzimy do kolejnej laguny, lecz wiatr i duże zachmurzenie nie pozwalają nam długo cieszyć się widokiem. Droga zamienia się w bezkresną równinę, a jakikolwiek zarys ścieżki ginie pośród rosnącej trawy. Idziemy na ślepo trzymając się wyznaczonego śladu trasy na ekranie smartfona. Teren jest całkiem podmokły i większość ostatniego dnia spędzamy na szukaniu suchych połaci ziemi, które nie spowodują, że zapadniemy się w błocie aż po same kostki. Czujemy się niczym Frodo z Samem przemierzający Martwe Bagna i zwarzający na każdy krok. Po kilku godzinach marszu pojawiają się pierwsze domostwa. Wchodzimy na szutrową drogę i przy pierwszym napotkanym koszu pozbywamy się śmieci taszczonych przez trzy ostatnie dni. Mijamy kolejne wioski, kierując się ostro w dół. Na samym końcu, by nie było zbyt łatwo, pokonujemy ostatnie wzniesienie i dochodzimy do Ingapirca. Po krótkiej naradzie i zasięgnięciu informacji w kasie biletowej decydujemy się na szybkie zwiedzanie ruin. W cenie biletu jest przewodnik, który oprowadza nas po kompleksie. Jak na najlepiej zachowane miasto inkaskie w Ekwadorze kompleks prezentuje się bardzo skromnie. Po 40 minutach spaceru i szybkim posiłku, siedzimy już w ostatnim autobusie do Cuenci. Tam wypoczywamy dwa dni i decydujemy się złapać nocny transport do Peru. 

Ps W następnym wpisie to co każdego interesuje, ale przyzwoitość nakazuje nie pytać, czyli podsumowanie kosztów.