Do Cuenci przyjeżdżamy mając już gotowy plan działania na najbliższy tydzień. Pierwsze dwa dni postanawiamy przeznaczyć na zwiedzenie miasta. Początek naszego pobytu nie jest jednak zachęcający. Szukając na szybko lokum, daję się nabrać w klasyczną pułapkę odpowiednio wyselekcjonowanych zdjęć. Pokój, który rezerwuję na Airbnb, pomimo pozytywnych ocen, okazuje się klitką bez okien z sufitem na wysokości mojej głowy. Toaleta w dobudówce i prysznic bez światła z mocno letnią wodą dopełniają obrazu tego miejsca. Całodniowe łażenie po mieście, ze świadomością warunków w jakich przyjdzie nam spędzić noc, przebiega w grobowej atmosferze. Postanawiamy się ewakuować i pomimo opłaconych dwóch dni znaleźć zastępcze mieszkanie. Tym razem, poprzez skrupulatną selekcję, trafiamy do domu prowadzonego przez Garego – 60 letniego amerykańskiego weganina. Jest o trzy klasy lepiej, więc i atmosfera szybko się poprawia.


Samo miasto z początku nas nie zachwyca. Stary rynek, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dominują kościoły, z czego najsłynniejsze są dwie katedry znajdujące się na Plaza Abdón Caldrón. W młodszej, której budowę rozpoczęto w drugiej połowie XIX wieku, udaje mi się namierzyć obowiązkowy pomnik papieża Polaka. Wnętrze nie robi jednak na nas wrażenia i postanawiamy odpuścić dalsze zwiedzanie architektury sakralnej. Kręcimy się bez planu, penetrując kolejne uliczki. Kolonialna zabudowa miasta może robić wrażenie, lecz podziwianie jej utrudniają wszechobecne samochody. Latynosi nie wpadli jeszcze na to, by wzorem europejskich miast, centra wyłączyć z ruchu kołowego. Z powodu budującej się linii tramwajowej wiele ulic jest zamkniętych, tworzą się spore korki i ma się wrażenie, że cała Cuenca jest w rozbudowie. Do plusów na pewno można zaliczyć dużą wielokulturowość i nowoczesność miasta. Autobusy, pomimo że nadal są to wysłużone modele Mercedesa, wyposażone są w czytniki kart, a kupowanie biletów na wzór systemu z Quito jest niemożliwe. Europejskość miasta objawia się dużą ilością różnorodnych knajp, które stały się wybawieniem dla naszych żołądków. Mając już szczerze dość kuchni ekwadorskiej, składającej się w większości przypadków z ryżu i smażonego mięsa (króluje kurczak), z radością przerzucamy się na dietę wegetariańską. Kosztuje nas to 3 razy więcej, ale pragnienie uzupełnienia niedoboru warzyw racjonalizuje nasze wydatki.  W pogoni za nowymi smakami zahaczamy jeszcze o muzeum Pumapungo którego, efektownie zrobiona wystawa o etnicznych ludach zamieszkujących Ekwador (niestety w większości tylko po hiszpańsku) robi na nas wrażenie. Fenomenalnie prezentuje się również imponujący swoimi rozmiarami park, wchodzący w skład całego kompleksu muzealnego. W ogolnym rozrachunku kompaktowa Cuenca wypada lepiej niż  wielko-aglomeracyjne Quito, lecz jeśli ktoś szuka bardziej latynoskiego miasta, powinien pojechać do stolicy.

Szukając pomysłu na kolejną destynację, znajdujemy informację o Nariz del Diablo. Jest to pociąg, który przemierza odcinek Andów od miasta Alausí do Simbabe. Samo położenie trasy jest unikalnie i pozwala na podziwianie spektakularnych widoków. Budowa tej drogi została okupiona śmiercią wielu robotników, a sama góra (tytułowy „nos diabła”) doczekała się wielu legend. By pokonać strome wzniesienia, opracowano „metodę zygzaka” polegającą na chwilowych zmianach kierunku jazdy, kiedy to pociąg za pomocą zwrotnic jest przestawiany na inne tory. Uniknięto dzięki temu tworzenia niezwykle ciasnych zakrętów, a tym samym zredukowano koszty budowy  i długość trasy.  Na wyobraźnie dodatkowo działa fakt, że jeszcze kilka lat temu podróż tę można było odbyć  siedząc na dachu wagonu. Wszystko to sprawia, że decydujemy się na zakup biletów i nocno-poranny (5 rano) autobus do Alausí. 

Kolej w Ekwadorze ze względu na różnorodność terenu praktycznie nie funkcjonuje. Jest to środek transportu dla zamożnych, a przyjemność przejechania się 12 kilometrowym odcinkiem wynosi 33$. W obecnej formie Nariz del Diablo jest typową atrakcją turystyczną i jako tako nie pełni funkcji transportowej dla przeciętnego pasażera. Kursy odbywają się trzy razy dziennie (o 8:00, 11:00 i 14:00) a sama mieścina, poza stacją kolejową, nie ma za wiele do zaoferowania.

Nasz przejazd rozpoczyna się o 11:00, do miasta docieramy po 9:00, co pozwala nam na zameldowanie się w niezwykle nowoczesnym hostelu (Community Hostel – 15$ od osoby). Szybko przychodzi czas odjazdu, a my pakujemy się do naszych wagonów (osobnych, bo dorwaliśmy ostatnie wolne miejsca). W cenie biletów jest przewodnik, który w czasie podróży objaśnia okoliczne widoki i przedstawia historię budowy odcinka. Pędząc z prędkością 20 km/h, po 40 min podziwiania górskich widoków (miejsca z prawej strony zapewiniają o wiele lepsze wrażenia), docieramy do stacji docelowej Simbabe, gdzie czeka nas godzinna przerwa. Jedyną atrakcją na stacji jest lokalna knajpa, która z braku laku zostaje oblężona przez pasażerów. W międzyczasie odbywa się także pokaz ludowego tańca, który jednak sprawia wrażenie typowej wydmuszki zrobionej pod turystów. Prawdę mówiąc, nudzimy się przez godzinę, umilając sobie czas konsumpcją lokalnego przysmaku, jakim jest kukurydza z serem. Po przerwie następuje szybki powrót do miasta, tą samą drogą, zwiastujący koniec wycieczki. Jest godzina 13:00, a my mamy poczucie niedosytu i zmarnowanych pieniędzy. Same widoki w porównaniu z trasami trekkingowym nie robią wrażenia, a i przejazd pozbawiony jest jakiegokolwiek dreszczyku emocji. Zwiedzamy miasto, gdzie odkrywamy ekwadorskiego Jezusa ze Świebodzina. Jest to górujący nad miastem pomnik św. Piotra, będący miejscem schadzek ekwadorskiej młodzieży. Nie przemęczamy się i ładujemy baterie świadomi czekającego nas jutrzejszego wyzwania.