Po krótkim i deszczowym pobycie w Baños podejmujemy strategiczną decyzję. Rezygnujemy chwilowo z eksploracji górzystych terenów Ekwadoru i kierujemy się bezpośrednio w stronę oceanu. Nie jest mi łatwo odpuścić Cotopaxi i inne potencjalne góry, ale ze względu na moje przeziębienie i osłabienie organizmu rozsądek zwycięża. Za pierwszy cel obieramy Puerto Lopez – mieścinę będącą punktem wypadowym do Isla de la Plata, nazywanej również Galapagos dla ubogich.

Puerto Lopez

Na podróż do Puerto Lopez tracimy cały dzień. Droga, która na mapie wydawała się najszybszą, okazuję się pełną serpentyn przeprawą przez góry, podczas której z naszego autokaru wyciskane są ostatnie zapasy mocy. Zapada zmrok i robi się coraz mniej ciekawie, gdy okazuje się, że w pakiecie nocnych przejażdżek są wyrywkowe kontrole policji. Wszyscy mężczyźni zmuszani są do opuszczenia pojazdu i po kolei przeszukiwani w celu wykrycia nielegalnie przewożonych substancji lub broni. Ta przyjemność spotyka mnie dwa razy, lecz w końcu docieramy do Quevedo (wymuszony przystanek na drodze do Puerto Lopez), zatrzymujemy się w pierwszym lepszym hostelu i już rano łapiemy transport do naszego miejsca docelowego.

W Puerto Lopez szybko znajdujemy całkiem przyzwoity hostel, ale okazuje się, że możemy zostać w nim tylko na jedną noc. 10 sierpnia to dzień niepodległości w Ekwadorze, w tym roku wypada w piątek, więc spodziewany jest najazd turystów chcących wypocząć nad wodą. Dodatkowo, wycieczkę na Isla de la Plata, jesteśmy w stanie zabookować dopiero na pojutrze, więc już teraz wiemy, że zmuszeni będziemy zostać na miejscu dzień dłużej niż planowaliśmy. Sama wioska szybko okazuję się dosyć spokojną mieściną, gdzie nie ma za wiele do roboty. Pogoda nie dopisuje, niebo jest cały czas zachmurzone i nie ma za bardzo warunków żeby wykąpać się w oceanie. Krótki research szybko uświadamia nam, że pora sucha, czyli ekwadorskie lato, to nie najlepszy czas na opalanie. Więcej słońca jest w porze deszczowej – sezon trwa od grudnia do maja. Z braku laku, postanawiamy, że następny dzień przeznaczymy na wyprawę do pobliskiego parku narodowego, którego zachęcający opis znaleźliśmy w przewodniku. 

Rano łapiemy autobus do Parku Narodowego Machalilla, płacimy 5$ które uprawniają do wstępu do muzeum archeologicznego i wykąpanie się w zdrowotnych źródłach. Wycieczka przez park, okazuje się przyjemnym 2h spacerem, w czasie którego próbujemy namierzyć jak najwięcej gatunków ptaków. Na koniec spotykamy kozy, ale po krótkim zastanowieniu nie zaliczamy ich do gatunków endenemicznych żyjących w dżungli. Droga w końcu zaprowadza nas do małej wioski, w której mieści się restauracja i muzeum archeologiczne. W nim dowiadujemy się, że rzeka płynąca kiedyś w tym miejscu była siedliskiem ludów z czasów kultury inkaskiej, oglądamy niewielką kolekcję wykopalisk i kierujemy się w stronę zdrowotnych źródeł. Te okazują się małą sadzawką z dosyć intensywnym zapachem siarki. Mimo tego decydujemy się na kąpiel i nakładamy błotne maseczki na twarz. Pluskamy się z dobrą godzinę, wracamy tą samą drogą i na koniec łapiemy po 30 sekundach stania pierwszego stopa w Ekwadorze, który zawozi nas z powrotem do Puerto Lopez. Obchodzimy wszystkie hostele w okolicy w poszukiwaniu możliwości noclegu, lecz zgodnie z przewidywaniami, nie znajdujemy nic wolnego. W końcu rozkładamy się z namiotem (z problemami – dzięki Kamil) na podwórku jednego z nich.

Isla de la Plata

Rano ruszamy na wykupioną wycieczkę na Isla de la Plata. Niegdyś należąca do prywatnych właścicieli, obecnie w rękach państwa, wchodzi w skład Parku Narodowego Machalilla. Na tej niezamieszkanej wyspie można spotkać osiem różnych gatunków ptaków, dwie odmiany węży, niezliczone ilości gadów i tylko dwa rodzaje ssaków. Oba z nich to szczury przywiezione na ląd przez pierwszych osadników i które obecnie zwalcza się przy pomocy rurek PCV wypełnionych trucizną. Podobno ich skuteczność sięga 80%, a program ma trwać do końca tego roku. W celu ochrony wyspy, wprowadzono dzienni limit turystów, w postaci 12 łodzi, każda o pojemności maksymalnie 16 osób. Na naszej motorówce jest komplet, drużyna składa się z wielopokoleniowej rodziny ekwadorskiej i grupy dziwnych Chińczyków. Wszyscy w niezidentyfikowanym wieku, pomiędzy 14 – 30 lat. Palą papierosy więc obstawiamy, że pełnoletni. Jeden z nich wyróżniał się szczególnie swoim zachowaniem, przypominające autystyczne dziecko próbujące zwrócić na siebie uwagę. Nasz przewodnik był za to bardzo profesjonalny i w ciekawy sposób dzielił się swoją, prawie dwudziestoletnią, wiedzą na temat wyspy.

W planach wycieczki, oprócz zwiedzania wyspy i podziwiania głuptaków niebieskonogich, był także snorkling i obserwacja wielorybów. Od czerwca do września trwa okres rozrodczy tych majestatycznych ssaków i wiedzione ciepłym prądem morskim, przypływają w okolice równika. Podziwiamy je zachowując przepisową odległość (200 m do matki z młodymi, 100m do większej grupy). Ze względu na zbyt lichy obiektyw odpuszczamy robienie zdjęć i skupiamy się na samej obserwacji. Po około półtoragodzinnej podróży docieramy na wyspę, gdzie odbywamy krótkie zebraniu przy domku rangersów. Pouczeni o respektowaniu przepisowych odległości do ptaków ruszamy na spacer, korzystając z jednej z dostępnych ścieżek. Okazuje się, że głuptaków jest mnóstwo, ich charakterystyczne niebieskie odnóża i sposób poruszania się od razu wzbudzają zachwyt (i przypominają chód pewnego kolegi z pracy). Uczymy się jak rozróżnić samca od samicy (po wielkości źrenic) i o zwyczajach godowych. Całość mija bardzo szybko, po około dwóch godzinach jesteśmy z powrotem na łódce. Oddalamy się kawałek od miejsca cumowania, a po skromnym posiłku, zakładamy maski i pływamy pół godziny, podziwiając oceaniczną florę i faunę. Wracając zatrzymujemy się jeszcze kilka razy, by znowu popodziwiać wieloryby. Do brzegu dobijamy przed 17 i postanawiamy uczcić ten udany dzień porcją ceviche w knajpie zaraz przy lokalnym targu rybnym. Wspaniała uczta!

Montañita 

Naszym kolejnym celem jest miejscowość Montañita, mekka surferów i lokalnych hipisów. W mieście, aż roi się od hosteli, a my skuszeni niezwykle niską ceną i przyzwoitymi ocenami na booking.com wybieramy Hostal Arrels. Niestety nie ma róży bez kolców, cena nie bierze się z nikąd, a niecałe 20 zł od osoby okupione jest spaniem w pokoju o wątpliwej czystości z przewidywalnym brakiem dostępu do ciepłej wody. Na dodatek Sybilla zatruwa się czymś na mieście, nie jest w stanie zwlec się z łóżka i przeżywa upojny dzień w zaciemnionym pokoju żywiąc się suchym chlebem i wodą. W ramach rekonwalescjenci po dwóch nocach przenosimy się do hostelu z o zdecydowanie wyższym standardzie, a w gratisie dostajemy pokój z widokiem na ocean. 

Korzystając z okazji postanawiam spróbować moich sił w surfingu, za 20$ wykupuję dwie godziny zajęć z instruktorem i w przykusym stroju idę walczyć z falami i swoim brakiem koordynacji. Okazuje się, że pomimo prostych założeń, surfing jest skomplikowanym sportem wymagającym przy tym dosyć dobrej sprawności fizycznej. Mimo, że większość moich prób była nieudana, parę razy udało mi się wstać i ujarzmić falę i chyba złapałem bakcyla. Na pewno, jeżeli jeszcze będzie okazja, będę próbował dalej się szkolić i spróbuję osiągnąć zadawalający poziom. 

Po spędzeniu tygodnia nad morzem oceanem i niedoczekaniu się słońca, postanawiamy przeprosić się z górami. Mobilizujemy się na poranny autobus i kierujemy w stronę Cuenci. 

PS. Zaktualizowałem wpis z Baños i dodałem filmik ze ścieżki przy wodospadzie. Dodatkowo filmik ze zjazdu na linie podmieniłem na efektowniejszy XD