Po zaliczeniu trekkingu wokół jeziora Quilotoa postanowiliśmy udać się dalej na południe do miejscowości Baños. Umiejscowiona w niezwykle malowniczej dolinie, otoczonej bujną roślinnością, pełna naturalnych bogactw: gorących źródeł jak i niezliczonych wodospadów, stała się obowiązkowym punktem dla każdego turysty odwiedzającego Ekwador. Zachęceni pozytywnymi opiniami jak i chcący zrewidować negatywne (pozdro Franz), postanowiliśmy zadomowić się tam na następne dwa dni.


Pierwszy dzień minął nam na poznawaniu okolicy i wyprawie na punkt widokowy. Po zameldowaniu się, w chyba dotychczas najlepszym hostelu (Hostal Llanovientos 11$ za noc od osoby), zwiedziliśmy rynek (z hipsterską kawiarnią na wzór europejskich miast) i udaliśmy się na autobus, który zaoszczędził nam 3h spaceru wwożąc nas na szczyt pobliskiego wzgórza. Oprócz restauracji mieści się tam Casa de Árbol, strategicznie umiejscowiony mini park rozrywki. W środku można skorzystać z imponujących swoimi rozmiarami huśtawek. Główną atrakcją jest jednak rozpościerająca się na całe miasto panorama. Panorama, której nie dane nam było zobaczyć, gdyż przywitały nas gęste chmury. Postanowilśmy się szybko ewakuować i powrócić do Baños korzystając z jednej z kilku ścieżek wskazanych przez nawigację. Im niżej tym widok się poprawiał, co pozwoliło mi na zrobienie kilku obowiązkowych zdjęć. Trasa okazała się dłuższa niż myśleliśmy, a nasze siły, nadwyrężone poprzednimi dniami górskich zmagań, nie pozwoliły na zrobienie niczego konstruktywnego do końca dnia.


Drugiego dnia w Baños wybraliśmy się na wycieczkę krajoznawczą. Za 5$ wypożyczliśmy rowery na cały dzień, by pokonać 60km drogi dzielącej nas do Puyo. Główną atrakcją trasy są liczne wodospady, mijane podczas pierwszych 30km. Część można podziwiać nie schodząc z siodełka, resztę po uiszczeniu drobnej opłaty i odbyciu krótkiego spaceru da się zobaczyć z odległości kilku metrów. Wzdłuż trasy prężnie rozwinął się biznes turystyczny, a największe wzięcie ma canopy, czyli zjazd po rozpostartej na dwóch krańcach góry linie. Nie mogliśmy przepuścić takiej okazji i nadszarpując nasz dzienny budżet, skusiliśmy się przy pierwszym punkcie. Udało mi się nawet nagrać filmik z tego wielkopomnego wydarzenia.

Przy dwóch największych wodospadach Diablo i Machay, spędziliśmy najwięcej czasu. Dostęp do pierwszego z nich, w końcowym odcinku, był tunelem dostosowanym do wzrostu przeciętnego hobbita.

Walcząc z korytarzami, niepomni upływającego czasu, daliśmy się zaskoczyć kapryśnej pogodzie. Początkowo mała mżawka zmieniła się w ulewę, a my nie mając się gdzie schować i będąc w 3/4 trasy postanawiliśmy się nie poddawać i kontynuować  drogę do Puyo, by stamtąd złapać autobus powrotny. Intensyfikacja opadów przypadła oczywiście na stromy podjazd, a my przemokliśmy do suchej nitki. Szukając ratunku zajechaliśmy do pierwszego zadaszonego budynku na naszej drodze. Okazało się, że była to lokalna knajpa, w której byliśmy jedynymi klientami. Po krótkich pertraktacjach zjedlismy klasyczny obiad składający się z zupy i drugiego dania z ekstra wariantem w postaci ciepłej herbaty. Po posiłku nasz zapał opadł i widząc, że pogoda raczej sie nie poprawi, zdecydowaliśmy się złapać autobus powrotny do Baños. Szczęście nam sprzyjało, nie czekaliśmy dłużej niż 5 min i w komfortowych warunkach, oglądając hiszpańskojęzyczną wersję Jumanji (2017) z Dwayne Johnsonem, wróciliśmy do hostelu.