Losy pulosa

Menu Close

Quilotoa loop

Po zwiedzeniu Quito i jego najbliższych okolic, postanowiliśmy przemieścić się na południe. Złapaliśmy autobus do Latacungi, która miała zostać naszą bazą wypadową na najbliższe dni. Sama miejscowość jest absolutnie nieciekawa i nie ma w niej nic godnego uwagi. Jej strategiczne umiejscowienie sprawia jednak, że pełni rolę małego centrum przesiadkowego. W mieście nie brakuje agencji turystycznych sprzedających drogie wycieczki, które można zrealizować samodzielnie za ułamek ceny. Zdając sie na własne siły, postanowiliśmy zrealizować jedną z  nich.


Quilotoa loop to trwający od kilku do kilkunastu dni trekking w zachodniej części Andów w prowincji Cotopaxi. Jego największą atrakcją jest jezioro Quilotoa – wielki akwen wodny powstały w wyniku wybuchu wulkanu w XIII wieku. Sama pętla nie ma odgórnie ustalonej trasy, a mnogość jej wariantów pozwala na dopasowanie jej do swoich potrzeb, a także posiadanego czasu. Nie chcieliśmy zaczynać naszej drogi od największej atrakcji treku, dlatego zdecydowaliśmy się na opcję 4 dniową odwiedzając kolejno miejscowości :
Sigchos —> Insinlivi —> Chugchilan —> Quilotoa

Dzień 1: Sichgos —> Insinlivi

Po spędzeniu nocy w obskurnym pokoju i zostawieniu nadmiarowych bagaży w Latacundze, łapiemy o 8 poranny autobus do Sichgos. Po dwóch godzinach docieramy na miejsce i jesteśmy gotowi  by zacząć naszą trasę. Poranek jest słoneczny, mimo że cały poprzedni dzień padało i nic nie wskazywało na szybką zmianę aury. Przywykliśmy już do tego, że w Ekwadorze pogoda zmienia sią bardzo szybko, a prognozy zazwyczaj się nie sprawdzają. Byliśmy nastawieni raczej na opcję deszczową, nabraliśmy sporo ciepłych rzeczy, a te pomimo pomniejszonego bagażu szybko zaczęły nam ciążyć.
Mimo to szybko pokonujemy pierwsze kilometry, ciesząc się ucieczką od zgiełku miasta. Początkowo droga jest całkiem dobrze oznaczona, lecz w miarę pokonywanej odległości, znaków jest coraz mniej, a rozwidleń dróg przybywa. Pozostaje nam zdać się na niezawodną metodę wypytywania miejscowych o trasę, co sprawdza się dopóty nie zostajemy całkiem sami. Idziemy dalej na czuja szukając mostu, dzięki któremu możnaby strawersować górę dzielącą nas od Isinlivi. W końcu cud, jest znak i most, lecz nadal nie wiemy jak pokonać strome wzniesienie. Wariantów jest kilka, a my dochodzimy do ślepego zaułka kończącego się płotem. Po drodze spotykamy pierwszego turystę, który przekonuje nas, że trzeba go przeskoczyć. W końcu lituje się nad nami miejscowy, który gwizdem przywołuje nas i pokazuje ledwie widoczną ścieżkę będącą naszą drogą do celu. Po półtorej godzinie docieramy do Insinlivi i zatrzymujemy się w jednym w dwóch hosteli w mieście, gdzie za 15$ od osoby wraz z pokojem dostajemy w pakiecie obiad i śniadanie (i lamy w ogródku!). Bilans dnia pierwszego: obtarte stopy Sybilli, poparzenia od słońca i nadszarpnięta duma z powodu zgubienia drogi.

Dzień 2: Insinlivi —> Chugchilan

W hostelu poznajemy parę z Niemiec i Francuzkę, którzy bedą nas prześladować przez następne dni, zatrzymując się przypadkiem w tych samych noclegowniach. Co ważniejsze, zostaję oświecony dzięki pokazaniu mi aplikacji Maps.me, której mapy w trybie offline zawierają nawet najmniejsze szlaki trekkingowe. Pewni siebie ruszamy w stronę Chugchilan. Szybko okazuje się, że mapy są bardzo dokładne i wszystkie szlaki są zaznaczone, ale czasem jest ich zbyt dużo i nie wiadomo, który wybrać. Oczywiście idąc na przekór reszczie mijanych osób, wybieramy wariant wiodący szczytem góry, który okazuje się dosyć wyczerpujący fizycznie. Widoki są jednak wspaniałe i wynagradzają nam naszą walkę ze zmęczeniem i słońcem. Po pokonaniu góry i zejściu do doliny, szlak zaskakuje nas kolejnym stromym podejściem. Człapiemy dzielnie pół godziny, by na szczycie delektować się piękną panoramą. Nasz relaks szybko zostaje zakłócony przez miejscowe dzieciaki, próbujące sprzedać nam wszystko od owoców po własnych rodziców. Dla świętego spokoju decydujemy się na porcję witamin w postaci soku. Po wymianie plastrów i ponarzekaniu na ciężki żywot podróżników, ruszamy w ostatni etap trasy. Szybko dochodzimy do asfaltowej drogi, która prowadzi nas do miasta. Zatrzymujemy się w obleganym hostelu, gdzie witają nas znajome niemiecko-francuskie twarze.

Dzień 3: Chugchilan —> Quilotoa

W trasę ruszamy już po 8, świadomi tego, że czeka nas najdłuższy i najbardziej wymagający odcinek pętli. Dzień wcześniej zostaliśmy poinformowani o dwóch wariantach szlaku, decydujemy się oczywiście na wariant „extreme”. Droga po łagodnym, 20 minutowym zejściu, szybko zmienia się w stromą przeprawę. Pokonujemy pierwszą przeszkodę, zatrzymujemy się na kilka chwil w punkcie widokowym i zaraz ruszamy dalej. Dochodzimy do małej mieściny, gdzie zaopatrujemy się w bułki (ekwadorskie pieczywo to nic innego jak nasza słodka chałka) będące naszym drugim śniadaniem. Kolejne kilometry to ciągła wspinaczka pod górę, urozmaicona spotkaniami z tubylcami. Po pokonaniu około 10 km docieramy do celu naszej wyprawy. Jezioro zachwyca nas swoim ogromem, a my szybko zapominamy o zmęczeniu. Pozostaje nam tylko przedostać się na drugą stronę, gdzie znajduje się główny kompleks turystyczny. Po 2 godzinach marszu, poprzeplatanych sesjami fotograficznymi, docieramy na miejsce. Wyszukujemy najtańszy hostel, w którym noc na wysokości prawie 4000m okazuje się dosyć ekstremalnym przeżyciem.

Dzień 4: Quilotoa

W wyniku burzliwej dyskusji postanawiamy zostać jeden dzień dłużej niż początkowo planowaliśmy. Plan zakładał obejście jeziora, a także zejście do jego tafli. Ze względu na moje nie najlepsze samopoczucie i osłabienie (mamo, jestem już zdrowy!), decydujemy się tylko na drugi wariant. Na dole znajduje się wypożyczalnia kajaków, a na leniwych turystów czekają konie, których wynajem za drobną opłatą 10$, pozwala na dotarcie na szczyt bez zadyszki i przepoconej koszuli. Chwilę wypoczywamy i ruszamy w powrotną drogę. Schodzimy do miasteczka i łapiemy autobus do Latacungi, gdzie decydujemy się zostać dodatkowy dzień poświęcając go na robienie absolutnie niczego (oprócz objadania się pizzą i naleśnikami).

Ps Dajcie znać, czy warto bawić się w takie słowotwórstwo, czy może skracać mocno wpisy i ograniczać się tylko do krótkich relacji.

© 2019 Losy pulosa. All rights reserved.

Theme by Anders Norén.