Po spędzeniu kilkunastu dni na tropieniu dinozaurów, ruszam w dalszą drogą i kieruję się na południe. Moim celem jest miasto Potosi, niegdyś najbogatsza metropolia świata. Swoją sławę zawdzięcza gorączce złota, która wybuchła w drugiej połowie XVI wieku, w czasie hiszpańskich podbojów Nowego Świata. Odkrycie niezwykle zasobnego złoża srebra u stóp spoglądającej na miasto góry Cerro Rico (hiszp. „bogata góra”), spowodowało gwałtowny rozrost osady i napływ tysiąca nowych mieszkańców. Szacuje się, że w czasie największego boomu prawie 80% światowych zasobów srebra było wydobywane właśnie w Potosi. Bogaciło się głównie królestwo Hiszpanii, kosztem rdzennej ludności, wykorzystywanej jako tania siła robocza. Czasy prosperity trwały do około 1650 roku, kiedy to wyeksploatowano większość łatwo dostępnych złóż, a koszta wydobycia surowca znacząco wzrosły. Spowodowało to odpływ ludności, a  populacja miasta skurczyła się z 160 000 do zaledwie 6000 osób. Pod koniec XIX wieku, w Cerro Rico zaczęto wydobywać wcześniej ignorowaną cynę, lecz historia ponownie zatoczyła koło, a krach na światowej giełdzie w 1985 roku (ciekawa historia do poczytania) doprowadził do zamknięcia lub prywatyzacji większości kopalń. 

Zanim przyjdzie mi poznać historię Potosi i nacieszyć się kolonialną architekturą, muszę zmierzyć się z bardziej przyziemnymi problemami. Okazuje się, że wjazd do miasta jest niemożliwy, a mój autokar wyrzuca wszystkich pasażerów na obrzeżach. Nie działa komunikacja miejska, większość sklepów jest zamknięta, a jakikolwiek zmotoryzowany sposób poruszania się po mieście jest niemożliwy. Większość skrzyżowań jest zablokowana poprzez stojące w poprzek auta. Okazuje się, że jest to specyficzna forma ogólnokrajowego protestu mieszkańców wobec planów prezydenta Boliwii Evo Moralesa, by wystartować w wyborach i starać się o reelekcję w 2019 roku (3 z kolei, pomimo krajowego referendum odrzucającego zmiany w konstytucyjnym limicie kadencji prezydenta). Nie znam się na boliwijskiej polityce i nie popieram żadnej ze stron, ale nie potrafię zrozumień takiej  formy strajku, która jest tak naprawdę najbardziej uciążliwa dla zwykłych ludzi.

Pozostaję bez alternatyw i nie pozostaje mi nic innego jak godzinny spacer do hostelu z pełnym rynsztunkiem na plecach. Skwar bijący z nieba nie ułatwia mi zadania i sprawia, że odechciewa mi się wszystkiego. Po dotarciu na miejsce udaję się na główny plac miasta, gdzie okazuje się, że główna atrakcja miasta – muzeum Casa Real de la Moneda, jest zamknięta do końca tygodnia z powodu inwentaryzacji. Ze względu na prześladującego mnie pecha, dzień spisuję już na straty i przez resztę popołudnia błąkam się bez celu po centrum. Zapisuję się też na wycieczkę do pobliskiej kopalni, która pozwoli mi poznać warunki w jakich pracują lokalni górnicy. 

Mimo, że po czasach świetności Potosi pozostały już tylko bogato zdobione srebrem kościoły, przemysł wydobywczy jest nadal głównym źródłem dochodu dla wielu mieszkańców miasta. Szacuję się, że około 15% mężczyzn ma pracę związaną z górnictwem i pomimo katastrofalnych warunków pracy, jest to bardzo poważany zawód. Szukający wrażeń turyści mają okazję odwiedzić kopalnie, a lokalne agencje szczycą się tym, że zatrudniają eks-górników. 

Poranną wycieczkę do kopalni w Cerro Rico rozpoczynamy od wizyty na straganie w którym można zakupić wszystko co jest niezbędne do pracy w podziemiach. Za namową przewodnika, zaopatruje się w klasyczny zestaw podarunkowy: woreczek liści koki, kilka piw i niealkoholowych napojów. Bez jakiegokolwiek problemu można też zakupić laskę dynamitu i inne materiały wybuchowe. Wszystko to będzie wręczane napotkanym górnikom jak forma rekompensaty za przeszkadzanie im w pracy i konieczność odpowiadania na nasze wścibskie pytania.  Po niezbędnych zakupach zostajemy zaopatrzeni w odzież ochronną, kaski z latarką, a także maseczki mające chronić nas przed pyłem. Odwiedzamy również pobliską sortownie, gdzie możemy obejrzeć proces rozdzielania cennego kruszcu od reszty wydobytych materiałów. 

W końcu docieramy do wejścia do kopalni, gdzie zostajemy podzieleni na dwie mniejsze grupki. Do każdej z nich przydzielonych jest po dwóch przewodników, którzy prowadzą i zamykają konwój. Wchodzimy do wąskiego szybu i zanurzamy się w labiryncie identycznie wyglądających korytarzy. Idąc w pół zgarbionej pozycji mijamy co jakiś czas pracujących górników. Wywożą oni taczkami materiał na zewnątrz szybu, gdzie magazynuje się go w większe stosy, aby później przewieźć urobek sortowni. Kopalnia nie jest w żaden sposób zmechanizowana, a wszystkie prace odbywają się nadal ręcznie. Każdy z górników pracuje na określonym obszarze, przy narzuconym mu z góry złożu cyny. Wysokość jego pensji jest uzależniona od ilości wydobytego materiału co powoduje, że większość stara się pracować jak najdłużej, często po 12h dziennie. Szyby nie są w jakikolwiek sposób wentylowane, a wszechobecny pył i duchota powodują, że po pół godzinie zwykłego spaceru czuję wykończony. Górnicy jako remedium na te problemy stosują liście koki, którą pochłaniają w ilościach wręcz hurtowych. Rytuał rozpoczyna się jeszcze przed wejściem do kopalni, kiedy prawie godzinę przed zmianą zaczynają przeżuwać liście, by następnie trzymać je w buzi przez następne 2h pracy. Oprócz tego wspomagają się alkoholem i papierosami (nie ma tu unoszącego się w powietrzu metanu, więc można palić do woli). Przed wejściem do każdego szybu znajduje się posążek diabła El Tio (hiszp. „wujek”), który według lokalnych wierzeń jest królem podziemi i w jego rękach spoczywa los górników. W celu zyskania jego przychylności przynoszone są mu dary w postaci liści koki, alkoholu i papierosów. Do sprawy podchodzi się ze śmiertelną powagą, a każdy górnik przynajmniej raz w tygodniu odwiedza kapliczkę. Powodzenie naszej wycieczki zostało również zagwarantowane dzięki wzniesieniu toastu 90% spirytusem. Cała wyprawa mija nam na przeciskaniu się wąskimi korytarzami i krótkimi rozmowami z górnikami. Wręczamy im nasze małe zestawy podarunkowe, co zawsze przyjmowane jest z dużym entuzjazmem. Nasz przewodnik chętnie odpowiada na wszystkie pytania i tłumaczy zawiłości boliwijskiego systemu związków pracowniczych. Okazuje się, że pomimo fatalnych warunków pracy, droga do zostania górnikiem nie jest wcale taka łatwa. Aby zostać oficjalnie przyjętym do związku i czerpać z tego tytułu korzyści (czyt. dostawać stałą pensję) trzeba przepracować kilka lat jako pomocnik innego górnika, na jego przydzielonym obszarze. Związane jest to oczywiście z dobrą wolą „wynajmującego” i odpalaniem mu % działki z całego urobku. Dopiero po około 3 latach pracy i z pozytywną opinią swojego nauczyciela, można oficjalnie wystąpić o pozwolenie dołączenia do związku. Po uiszczeniu jednorazowej opłaty (równej kilku miesięcznym pensjom) otrzymuje się swój kawałek terenu, na którym można pracować do końca życia. Jak widać żywot polskiego górnika, corocznie otrzymującego 13 pensję i milion innych dodatków, nie jest wcale taki tragiczny.