Do parku narodowego Torotoro (quechua „błotnista pampa”), trafiam przypadkiem, kierując się poleceniami napotkanych podróżników, jak i chęcią zobaczenia czegoś nowego. Wizja odwiedzenia miejsca, którego głównymi atrakcjami są szlaki krajoznawcze, podążające śladami dinozaurów, działa na wyobraźnię. Dotarcie do rezerwatu Torotoro to karkołomna, kilkugodzinna podróż po nieutwardzonej drodze, w wiecznie zapchanym colectivo. Dojeżdżam tam z Cochabamby, miasta którego główną atrakcją jest wielki pomnik Jezusa (z polskim akcentem), spoglądającego groźnie na okolicę z  pobliskiego wzgórza.

Park narodowy Torotoro został utworzony w 1989 roku i jest jednym z najmniejszych rezerwatów w Boliwii (166 km²). Znajduje się tutaj ponad 3500 śladów dinozaurów datowanych na ponad 86 milionów lat i unikatowe skamieliny z epoki paeozolicznej będące rajem dla geologów i archeologów, a także stanowiące nie lada atrakcję turystyczną. Ze względu na swoje kłopotliwe położenie i brak wygodnego połączenia z największymi miastami (budowa utwardzonej drogi już ruszyła i ma planowo zakończyć się w 2022 roku), jest to nadal dosyć unikalne miejsce na turystycznej mapie Boliwii. W wiosce Toro Toro znajduje się kilkanaście czynnych w sezonie hosteli i restauracji, lecz nie uświadczy się tu chociażby internetu, co potęguje poczucie odizolowania od cywilizacji. Samo zwiedzanie parku narodowego odbywa się również według specyficznego systemu. Oficjalnie nie jest możliwe poruszanie się na własną rękę i trzeba wykupić zorganizowane wycieczki w „biurze przewodników” (casa de guias). Ceny są jawne i nie stanowiłoby to problemu, gdyby nie konieczność zapłaty od samochodu, a nie od osoby. W celu zminimalizowania jednostkowej opłaty za wycieczkę konieczne jest formowania grup i wspólne zwiedzanie z przypadkowymi osobami (opcja dla biedaków takich jak ja). Nie muszę mówić, że w przypadku, gdy podróżujemy sami jest to kłopotliwe i często niezależne od nas. Wszystko oczywiście w jedynej słusznej, hiszpańskojęzycznej opcji. 

Grupę najłatwiej uformować z samego rana, tuż po otwarciu oficjalnego biura. O 8:00 jestem na miejscu i pierwszego dnia decyduję się na zrealizowanie najdłuższej wycieczki, w której pakiecie zawarte jest zwiedzanie Ciudad de Itas i Cavernas de Umajalanta. Dołączam do ekipy Francuzów, którzy są najliczniejszą nacją napotykaną podczas mojego pobytu w Ameryce Południowej. Po upchnięciu wszystkich 6 osób do minivana ruszamy w kierunku Ciudad de Itas, podziwiając po drodze wielobarwną panoramę okolicznych gór. Docieramy na wysokość około 4000 m n.p.m. i mijamy opuszczoną budkę biletową, zwiastującą początek szlaku. Podążając za przewodnikiem, spacerujemy wzdłuż  korytarza wytyczonego pomiędzy formacjami skalnymi  uformowanymi w procesie wieloletniej erozji. Część z obelisków przybrała unikalne kształty pozwalające dostrzec w nich zarys zwierząt zamieszkujących teren parku narodowego. Przez pierwsza godzinę jesteśmy prowadzeni ścieżką lawirującą wśród podnóża skał, by w drugiej części drogi wdrapać się na szczyt kilkumetrowych formacji skalnych. Dzięki temu zyskujemy widok na całą okolicę, a resztki porannej mgły nadają miejscu aurę tajemniczości. Na zakończenie spaceru po Ciudad de Itas oglądamy malunki znajdujące się w  niewielkiej jaskini datowane na ponad 2000 lat i będące prawdopodobnie odzwierciedleniem wierzeń ówczesnych ludzi. Niestety, część z rysunków jest już ledwo widoczna, a brak jakichkolwiek zabezpieczeń przed turystami (i ich chęcią macania wszystkiego) nie sprzyja ich konserwacji.

W drugiej części wycieczki docieramy do najgłębszej jaskini w Boliwii – Umajalanta. Uwagę spelologów przykuła w 1966 roku, kiedy to udało się zmapować pierwsze 1,6 km korytarzy. Obecnie zbadane zostało około 7 km podziemnych dróg, a do dyspozycji turystów oddano 4,5 km z nich. Uważa się, że łączną długość korytarzy może sięgać nawet do 16 km. Imponujące wejście do jaskini o wymiarach 40×30 m jest także ujściem rzeki o tej samej nazwie, która kończy swój bieg w labiryncie podziemnych sal. Ze względu na jej obecność zwiedzanie Umajalanta jest możliwe tylko w porze suchej przy odpowiednio niskim poziomie wód. 

Po krótkiej przerwie i posiłku, zostajemy zaopatrzeni w kaski z latarką i z nutką ekscytacji ruszamy na podbój jaskini. W porównaniu do europejskich jaskiń, gdzie zwiedzanie można przyrównać do emeryckich przechadzek szerokimi chodnikami, jest to prawdziwa jazda bez trzymanki. Nie ma tu wytyczonej drogi, a jedynymi ułatwieniami są porozwieszane gdzieniegdzie liny. Bez nich, wdrapywanie się po wiecznie wilgotnych kamieniach byłoby prawie niemożliwe (na pewno nie w adidasach), a i tak wymaga to wielkiego skupienia. Sam początek ścieżki to test na klaustrofobię, gdzie by dostać się do pierwszej sali, trzeba przeczołgać się bokiem, pokonując wąską szczelinę. Sama jaskinia nie jest szczególnie piękna i poza typowymi dla tego typu miejsca stalaktytami i stalagmitami nie doświadczymy tutaj raczej efektu wow. Umajalanta swój klimat zawdzięcza między innymi licznej kolonii nietoperzy, której ślady widać na każdym kroku, a także obecności specyficznego gatunku ślepej ryby, która zamieszkuje podwodne jeziora. Zanim jaskinia została oddana do dyspozycji turystów, była eksplorowana przez licznych śmiałków, których obecność zaznaczona jest w niektórych salach poprzez ślady pochodni zostawionych na sklepieniach tuneli. Pokonanie wytyczonej ścieżki zajmuje nam około półtorej godziny, które mija błyskawicznie podczas emocjonującej eksploracji.

Drugiego dnia pobytu w parku Torotoro decyduję się na odwiedzenie pobliskiego kanionu Vergel. Wycieczka poprzedzona jest krótkim wykładem na temat dinozuarów zamieszkujących niegdyś terytorium rezerwatu. Tuż przy wiosce, za ogrodzonym kawałkiem terenu, mamy możliwość zobaczenia ich odcisków. Oglądamy liczne ślady teropodów i zauropodów, a w dalszej części spaceru natrafiamy na największy odcisk w całym rezerwacie należący do tyranozaura (de facto gatunek teropoda). Dotarcie do oddalonego o 3 km od wioski kanionu, wykorzystuję na krótką pogawędkę z przewodnikiem, który chętnie dzieli się spostrzeżeniami na temat parku i swojej pracy. Wraz ze wzrostem liczby turystów, przybywa również przewodników, którzy zarabiają tylko wtedy, gdy oprowadzają grupę. Te formowane są z rana, a przydział do grup, w przypadku braku zadeklarowania chęci bycia oprowadzanym przez konkretną osobę, jest czysto losowy. Podczas mojego pobytu było więcej przewodników niż chętnych do odbycia wycieczki. Odejmując porę deszczową przewodnicy, zazwyczaj pracują tylko kilka miesięcy w roku.

Główną atrakcją 100 m kanionu Vergel jest mały wodospad na jego dnie. Zanim tam dotrzemy, mamy sposobność podziwiania panoramy wąwozu z nowopowstałego punktu widokowego. Po krótkiej przerwie schodzimy po niekończących się stopniach wgłąb kanionu. Tam, po przeprawieniu się kilka razy przez rzekę, dochodzimy do głównej atrakcji poranka. Na miejscu jest już kilka grup, z których tylko nieliczni śmiałkowie decydują się na kąpiel w lodowatej wodzie. Wodospad nie jest niczym spektakularnym, lecz samo miejsce pozwala na przyjemny relaks w blasku przedpołudniowego słońca. W międzyczasie, przy odrobinie szczęścia, można zaobserwować kondory, które w jednej z licznych wnęk w pobliskiej ścianie uwiły swoje gniazdo. Wypoczywamy przez godzinę i wracamy tą samą drogą do wioski. Wdrapanie się z powrotem na szczyt to siła woli, jednak wysiłek wynagradza szklanka zimnej lemoniady, która można zakupić u cholity, strategicznie ulokowanej tuż obok finalnego stopnia. 

Po zwiedzeniu kanionu udaje mi się złapać autobus powrotny do Cochabamby, który jedzie jeszcze dłużej niż colectivo. W parku Torotoro jest jeszcze kilkanaście innych, możliwych do odwiedzenia miejsc (jak chociażby cmentarz żółwi), lecz zebranie grupy na mniej popularne wycieczki jest kłopotliwe. Nie chcąc przepłacać i ryzykować straconego czasu postanawiam poprzestać na trzech najpopularniejszych atrakcjach. Jestem pozytywnie zaskoczony tym niesamowitym miejscem i nie mogę się doczekać dalszych niespodzianek czekających na odkrycie podczas boliwijskiej podróży.