Losy pulosa

Menu Close

Pożegnanie z górami

Postanowienie trzymania się z dala od gór, szybko zostaje złamanie. Bliskość wszech otaczających mnie szczytów, spoglądających na mnie z każdego zakątka La Paz, zmusza mnie do działania. Nawet dosyć regularne opady nawiedzające miasto popołudniami, nie niwelują mojego zapału do zmierzenia się z pobliskimi szlakami. Jest z czego wybierać. W paśmie Cordilliera Real, w pobliżu którego obecnie się znajduję, jest kilkanaście tras trekkingowych podążających śladami inkaskiej sieci dróg. Z trzech najbardziej popularnych (Takesi, El Choro i Yungas) decyduję się zacząć od El Choro, którego 57 kilometrowa trasa, prowadząca w większości w dół, wydaje mi się dobrym okazją do sprawdzenia swoich sił. Tak naprawdę ma to być rozgrzewka przed, kiełkująca się w mojej głowie, wyprawą na sześciotysięcznik Wayna Potosi. Zanim to jednak nadejdzie, czeka mnie trzydniowy marsz i gwałtowna zmiana klimatu podczas schodzenia z wysokich gór do wilgotnej dżungli.

Oczywiście wszystkie przygotowania do drogi zostawiam na ostatnią chwilę i tak naprawdę niezbędne zakupy robię dzień wcześniej. Mógłbym przesunąć wymarsz o jeden dzień, ale odczuwam już silną potrzebę działania, więc kolejny dzień w La Paz, postrzegałbym jako zmarnowany. Decyduję się nabyć filtr do wody, aby uniknąć powtórki z Santa Cruz Treku i zminimalizować ryzyko zatrucia. Niestety, jedyna wypożyczalnia sprzętu w mieście zostaje zamknięta mi przed nosem i nie udaje mi się zdobyć cieplejszego śpiwora. Pamiętając lodowate noce w Ekwadorze, podczas Inca Trail  mam spore wątpliwości czy z moim sprzętem jestem w pełni gotowy. Jak na złość, rano nie czuję się najlepiej i wszystkie znaki na niebie mówią mi bym datę wymarszu przełożył. Mimo wszystko decyduję się iść i po krótkiej podróży colectivo, staję przed budką strażników, wytyczającą początek El Choro.

Rozpoczęcie treku o godzinie 11:00, już na samym początku stawia mnie w dosyć niekomfortowej sytuacji. Licząc, że każdego dnia muszę pokonać prawie 20 kilometrów, nie mam żadnych godzin w zapasie i muszę pilnować się by nie zaskoczył mnie zachód słońca. Pierwsza godzina trasy to mozolna wspinaczka na znajdującą się na wysokości 4859 m n.p.m. przełęcz. Jest spore zachmurzenie, a moje ciało cały czas daje mi sygnały bym zawrócił. W połowie podejścia zwracam poranne śniadanie i jestem już gotowy się poddać, jednak po 10 minutowej przerwie dostaję niespodziewany zastrzyk energii. Powtarzając sobie w głowie, że teraz będzie tylko lepiej przekraczam przełęcz i rozpoczynam długie zejście do wioski Chucura. Po drodze mijam inkaskie ruiny, gdzie robię krótką przerwę i w towarzystwie lam, jem drugie śniadanie. Na trasie nie widzę innych turystów, a podczas marszu spotykam jedynie mieszkańców porozrzucanych gdzieniegdzie chat. Tempo nadal nie jest najlepsze, ale daje mi nadzieje na dotarcie do wioski Challapampa, gdzie planuję przenocować. Chmury jednak schodzą coraz niżej, a gdy przekraczam barierę 3500 metrów widoczność spada do kilku metrów i wszystko wskazuje, ze zanosi się na deszcz. Po chwili docieram do miejscowości Chucura, gdzie uiszczam opłatę za „utrzymanie szlaku” wpadająca do kieszeni lokalnej społeczności. Po krótkim namyśle decyduję się nadrobić jeszcze parę kilometrów, jednak rozglądając się przy tym za dogodnym miejscem do rozbicia namiotu. W końcu napotykam na mały strumyk i postanawiam, że będzie to dobre miejsce do spędzenia nocy. Pośrodku niczego i pomiędzy dwoma potencjalnymi polami kempingowymi. Totalnie wyczerpany przygotowuję kolację i zawijam się w śpiwór, mając nadzieję na jak najszybsze zapadnięcie w sen.

Spokojne noce najwyraźniej są dane spokojnym ludziom, co wyklucza moje szanse na noc bez przygód. Budzę się kilka razy i pozbywam się zbędnych kilogramów goszczących w moim żołądku. Poranek wita mnie lekką mżawką i mgłą unoszącą się tuż nad ziemią. Pakuję się w miarę sprawnie i z nadzieją nadrobienia kilku kilometrów ruszam w stronę Challapampa. Jest strasznie ślisko, kamienne stopnie, będące częścią oryginalnego inkaskiego szlaku, sprawiają, że każdy krok to walka o przeżycie. Mżawka przeistacza się w ulewę, wywalam się kilka razy, a moje samopoczucie spada do zera. Po dotarciu na miejsce mojego niedoszłego noclegu, z żalem zauważam, że warunki do rozbicia namiotu były tam o wiele lepsze. Nie czas jednak na marudzenie i po krótkiej przerwie kontynuuję schodzenie. Przestają padać i pogoda się poprawia, a ja przyśpieszam tempa. Wszystko przebiega sprawnie dopóki nie natrafiam do miejsca, w którym trzeba przekroczyć rzekę. Okazuję się, że mostu nie ma, a ja nie mam pojęcia jak przedostać się na drugą stronę. Pomimo kierowania się wymalowanymi na kamieniach strzałkami natrafiam tylko na stalową linkę przewieszoną nad rwącą rzeką. Przez dwie godziny próbuję znaleźć najbezpieczniejsze miejsce do przekroczenia strumienia, jednak prąd jest zbyt silny. Wszystkie moje próby kończą się odwrotem, nie chcę ryzykować zamoczenia plecaka wraz z całym sprzętem jaki mam ze sobą. W pewnym momencie dostrzegam po drugiej stronie osobę, która na migi daje mi znać bym zawrócił i dotarł do miejsca, gdzie znajduje się stalowa lina. Okazuje się, że w związku z podmyciem mostu, przeprawa przez rzekę jest możliwa tylko poprzez zjazd na linie przy pomocy bloczka do tyrolki i uprzęży. Pisząc uprząż mam na myśli zwykłą chustę, która jest zawiązywana w taki sposób, że twórz coś na wzór siedziska. Pełen obaw o wytrzymałość tego wynalazku, decyduję się zaufać obcej osobie i gładko przedostaję się na drugą stronę. Tuż po mnie dociera mój plecak i po uiszczeniu opłaty za przewóz, ruszam w dalszą drogę. Straciłem ponad dwie godziny i nie mam już szans do dotarcia do kempingu San Francisco , gdzie zaplanowałem nocleg. Rozbijam się przy domku o wdzięcznej nazwie Buena Vista.

Po spędzeniu wyjątkowo spokojnej nocy, zbieram się jak najwcześniej by nie tracić czasu i mieć szanse na pokonanie ponad 20 kilometrów, jakie przypadły na ostatni odcinek trasy. Podczas porannego śniadania, mam okazję podziwiać panoramę budzącego się do życia tropikalnego lasu. Jest pięknie, jednak skupiam się głównie na dystansie i ponad 8h marszu dzielącymi mnie od mety. Początek jest więcej niż obiecujący i szybko pokonuję kolejne kilometry. Około godziny 14:00 docieram do wioski Sandillani, skąd już tylko około 7 kilometrów do upragnionego finiszu. Niestety zaraz po krótkiej, regeneracyjnej przerwie zrywa się ulewa, która zmusza mnie do przeczekania w ukryciu największej nawałnicy. Tracę cenne minuty, a dodatkowo moje nieprzemakalne buty, przesiąkają doszczętnie wodą. Wędrówka w takich warunkach to nic przyjemnego, lecz jeśli chcę wrócić do La paz przed północą nie mogę się już więcej zatrzymywać. W końcu po prawie 10h drogi, docieram do wioski Chairo, skąd próbuję zorganizować transport do najbliższej, większej miejscowości. Niestety jestem zmuszony przepłacić i zabieram się z lokalnym kierowcą, który podwozi mnie do skrzyżowania, skąd jestem w stanie złapać colectivo do La Paz.

Do hostelu docieram późnym wieczorem, gdzie postanawiam definitywnie zakończyć moją, południowoamerykańską przygodę z górami. Brak perspektyw na trafienie w okno pogodowe i wyraźne problemy zdrowotne podczas ostatnich trekkingów, nie pozostawiają złudzeń. Plan zdobycia sześciotysięcznika musi poczekać. W ramach nagrody i regeneracji udaję się nad słynne jezioro Tikitaka…

© 2019 Losy pulosa. All rights reserved.

Theme by Anders Norén.