Bienvenidos a Bolivia! Po ponad dwóch miesiącach w Peru przyszła pora na małą zmianę otoczenia. Pierwsze kroki w nowym kraju stawiam w La Paz, samozwańczej stolicy Boliwii (oficjalna to Sucre), będącej jedną z najwyżej położonych aglomeracji na świecie (od 3200 do 4100 m.n.p.m). Liczba atrakcji w tym najbiedniejszym kraju Ameryki Południowej (wykluczając ogarniętą hiperinflacją Wenezulę) przyprawia o zawrót głowy i wymusza na mnie ostrą selekcję miejscowości do których planuję się udać.

Pierwszy tydzień spędzam na spokojnie w La Paz, zapoznając się z miastem i atrakcjami jakie oferuje okolica. Bliskość gór, w tym rzucającego swój cień na miasto szczytu Illimani wręcz zachęca do wszelakich aktywności trekkingowych. Mając jeszcze w pamięci przeboje w Cordiliera Blanca, póki co odpuszczam temat. Zwiedzam niespiesznie aglomerację i nawet udaje mi się znaleźć kino, gdzie jest możliwość obejrzenia filmu w wersji bez dubbingu. Poruszanie się po stromym La Paz ułatwia rozwijająca się w niesamowitym tempie sieć wyciągów kolejkowych, licząca obecnie 9 linii. Jest to niezwykle tani środek transportu (bilet kosztuje niecałe dwa złote), pozwalający na sprawne przemieszczanie się do najważniejszych dzielnic metropolii i omijanie zakorkowanego centrum. Wykorzystuję to do dostania się na nieturystyczny punkt widokowy, skąd mogę samotnie podziwiać panoramę miasta. Zwiedzam też polecane w przewodniku, ulokowane na barwnej ulicy Jaen muzea, które jednak okazują się sporym rozczarowaniem i nie wyróżniają się niczym szczególnym.

Trzeciego dnia mojego pobytu udaję się do Tiwanaku, dawnej siedziby preinkaskiej cywilizacji, której stolica liczyła w szczytowym momencie ponad 20 000 osób. Jest to najważniejsze stanowisko archeologiczne w całej Boliwii i jedno z największych na kontynencie. Mając nadzieję na doświadczenie chociaż w połowie tak dobre, jak wyprawa na Machu Picchu, na miejscu czeka mnie spore rozczarowanie. Bilet wstępu, jak na standardy boliwijskie jest bardzo drogi (50zł), a wynajęcie hiszpańskojęzycznego przewodnika kosztuje ponad drugie tyle. Ruiny zwiedzam z nowo poznanym kolegą z autobusu, posiłkując się informacjami z przewodnika. Z samego miasta, stanowiącego kiedyś główny ośrodek religijny i kulturowy cywilizacji, zostało niewiele. Lata dewastacji i późna interwencja rządu (dopiero w 1960 roku rozpoczęto odbudowę kompleksu) doprowadziły, że do dzisiaj nie zachował się żaden budynek w całości, a część pozostałości (jak najsłynniejsza Sun Gate) znajdują się w innym miejscu niż pierwotnie. O wielkości miasta przypominają kilkutonowe bloki skalne stanowiące filary istniejącego niegdyś świątynnego muru (którego część została odrestaurowana). W cenie biletu jest również wstęp do pobliskich muzeum, gdzie umieszczono obiekty znalezione w czasie prac wykopaliskowych. Wszystko oczywiście bez jakichkolwiek opisów, lub z niewielką wzmianką po hiszpańsku. Pomimo sporego potencjału i bycia obiektem wpisanym na listę UNESCO, Tiwanaku sporo jeszcze brakuje by stać się dla Boliwii tym czym Machu Picchu dla Peru. Jest to jedna z tych atrakcji, które przy kilkutygodniowym pobycie w Ameryce Południowej, można sobie bez żalu odpuścić.

Kolejny dzień mojego pobytu poświęcam na krótką wycieczkę do znajdującej się na obrzeżach miasta Valle de la Luna. Swoją nazwę zawdzięcza Neilowi Armstrongowi, który odwiedził to miejsce w 1969 roku i przyrównał je do widoku jaki zastał na księżycu. W skład doliny wchodzą gliniane formacje skalne, które pod wpływem erozji przybrały najróżniejsze kształty, tworząc w poszczególnych przypadkach ciekawe iluzje optyczne. Ze względu na różne domieszki minerałów, barwa skał nie jest jednolita, w przytłaczającej większości dominuje jednak kolor beżowy. Półtoragodzinna wizyta w biletowanym punkcie mija mi na spokojnym spacerze wytyczoną ścieżką i próbach dostrzeżenia poszczególnych figur uformowanych przez poniektóre ostańce. Całość umila mi rozmowa i wymiana doświadczeń z podróży z poznanymi w collectivo backpackerkami.

Będąc w La Paz nie mogę pominąć najpopularniejszej atrakcji okolicy, czyli zjazdu rowerem po słynnej drodze śmierci. Jest to 64 kilometrowa, szutrowa trasa pomiędzy La Paz, a miejscowością Corioico. Do roku 2009, kiedy to wybudowano asfaltowy objazd najtrudniejszego odcinka, rocznie na drodze ginęło ponad 300 osób. Brak pobocza i barier ochronnych zabezpieczających samochody przed zsunięciem się w przepaść wraz z szerokością drogi z rzadka pozwalająca na minięcie się dwóch aut to tylko kilka czynników wpływających na złą sławę tego miejsca. Ze względu na tropikalny klimat i strome nachylenie (różnica wysokości między początkiem i końcem trasy wynosi ponad 3km), kierowcy prawie zawsze muszą zmagać się z mgłą i nieprzenikalną warstwą chmur, redukującymi widoczność do kilku metrów. By poprawić widoczność kierowców jadących przy krawędzi urwiska i ułatwić wymijanie, na trasie wyjątkowo wprowadzono ruch lewostronny. Obecnie ruch kołowy jest znikomy a, nielicznymi ofiarami Death Road zostają lekkomyślni rowerzyści (22 przypadki śmiertelne od 1994 roku).

Ilość agencji oferujących downhill po drodze śmierci przyprawia o zawrót głowy. Podejrzewam, że jakość usługi u wszystkich jest podobna, jednak ze względu na wagę przedsięwzięcia decyduję się na wyprawę z biurem o ugruntowanej reputacji. Na miejscu okazuje się, że nasza grupa jest spora i liczy 12 osób. Towarzyszy nam dwóch przewodników co pozwala by każdy z uczestników mógł dostosować tempo zjazdu do swoich możliwości. Po zapoznaniu się z zasadami bezpieczeństwa i przywdzianiu stroju ochronnego, rozpoczynamy spokojny zjazd asfaltowym odcinkiem z przystankami na zrobienie zdjęć. Trzymając się czoła grupy z niecierpliwością czekam na większe wyzwania. Gdy zjeżdżamy na szutrowy odcinek drogi, trudność rośnie i prawdziwa zabawa się rozpoczyna. Pogoda nam dopisuje i nawierzchnia jest sucha co pozwala na rozwijanie większych prędkości. Pędząc w dół i skupiając się w całości na wymijaniu większych kamieni, nie mam czasu na podziwianie okolicy. Robimy jednak częste (w moim odczuciu trochę za częste) przystanki by wypocząć i pozbyć się kolejnych warstw ubrań wraz ze spadkiem wysokości i wzrostem temperatury. W Corioico czeka na nas restauracja, gdzie jemy lunch i korzystamy z odświeżającej kąpieli w basenie. Downhill po Death Road jest z pewnością ciekawym przeżyciem jednak w moim odczucie trochę przereklamowanym. Wcale nie jest tak trudno i strasznie, a przy dobrej pogodzie każdy powinien sobie poradzić z tą słynną trasą.

Podczas mojego dłuższego pobytu w La Paz poznaję w hostelu grupę przyjaciół z Polski, którzy po spędzaniu kilku miesięcy w USA, pracując jako ratownicy na plaży w ramach programu working holiday, wyruszyli w trasę przez całą Amerykę Południową. Szybko nawiązujemy kontakt i w ramach wymiany doświadczeń upijamy się tanim rumem z colą. Po spędzeniu kacowego poranka postanawiamy wybrać się na specyficzne show jakim jest cholita wrestling. W tym typowo męskim sporcie z powodzeniem odnajdują się kobiety ubrane w tradycyjne boliwijskie stroje składające się ze spódnicy – pollera, charakterystycznego kapelusza i halki. Strój ten będący niegdyś wyznacznikiem przynależności do wzgardzanej klasy autochtonicznych mieszkańców kraju, dziś jest symbolem emancypacji kobiet i powszechnym zjawiskiem na boliwijskich ulicach. Show przyciąga do dużą rzeszę turystów, a co najciekawsze także sporą liczbę mieszkańców La Paz. Reagują oni bardzo żywiołowo na dynamicznie zmieniająca się sytuację na ringu, obrzucając wyzwiskami i miotając resztki jedzenia w przeciwników swoich faworytów. Sam spektakl, starannie wyreżyserowany, wybudza zaciekawienie swoją odmiennością i wywołuje uśmiech na twarzy. Niestety po drugiej godzinie przedstawienia całość zaczyna trochę nużyć, a i ekscytacja markowanymi ciosami trochę maleje. Wychodzimy przed końcem przedstawienia by zdążyć wrocić do centrum przed zamknięciem wyciągu.

Tydzień w La Paz minął mi bardzo szybko, poznałem sporo ludzi i świetnie się bawiłem. Boliwijska przygoda nabiera tempa, a przede mną jeszcze wiele do zobaczenia.