Po pięciu dniach niezwykle wyczerpującej podróży docieram w końcu do Iquitos. Postanawiam poświęcić dwa dni na naładowanie baterii i zorientowanie się w atrakcjach jakie oferuje miasto. Można śmiało powiedzieć, że prawie połowa backpackerów odwiedzających amazońską stolicę przyjeżdża tutaj głównie po to, by wziąść udział w ceremonii picia ayahuaski. Ta roślina medyczna z długimi tradycjami kulturowymi, jest w Peru jak najbardziej legalna i stanowi nie lada wabik na zagranicznych turystów. Ze względu na ograniczenie czasowe i niemożność trzymania dwutygodniowej diety, decyduję się na bardziej tradycyjne formy poznawania lokalnej kultury. W planach mam ponowną wyprawę do dżungli i odwiedzenie okolicznych, prowadzonych przez wolontariuszy, schronisk dla zwierząt. W ramach zapoznawania się z okolicą wybieram się także na lokalny targ, który swoją odmiennością od europejskich standardów zarówno odstrasza, jak i przyciąga szukających wrażeń turystów.

Belen

W południowo zachodniej części Iquitos znajduje się dzielnica biedoty Belen, składająca się ze zbudowanych na palach ubogich chat. W porze deszczowej widok pływających na wodzie domostw stanowi egzotyczny i kolorowy obrazek. Zanika on w porze suchej, kiedy to poruszanie się po okolicy przypomina brodzenie w śmierdzącym bagnie (czyli w czasie mojej wizyty). 7 tysięcy ludzi mieszkających w Belen trudni się głownie handlem, a poranna wizyta w lokalnym markecie przysparza niezapomnianych wrażeń.

Podróżując po Ameryce Południowej, przyzwyczaiłem się do widoku lokalnych marketów w każdej najmniejszej mieścinie, w których to można zakupić różnorakie produkty o cenach niższych niż gdziekolwiek indziej. Często jest to miejsce, gdzie można także udać się na obiad i za grosze skosztować lokalnych specjałów.

Wizyta w Belen, poza stertą walających się wszędzie śmieci, zaskoczyła mnie różnorodnością produktów i wielkością całego targu. Przepychając się przez rzeszę napływających zewsząd ludzi szybko tracę orientację i gubię się w gąszczu stanowisk. Jest tu dosłownie wszystko, od całej gamy żywności i garderoby poprzez żywe zwierzęta (których sprzedaż często jest nielegalna) na lokalnych wyrobach tytoniowych i stanowiskach z medykamentami niewiadomego pochodzenia kończąc. Jest także cały dział z amuletami i lokalnymi roślinami o działaniu leczniczym. Nie jest to miejsce przyjazne dla obcych, a życzliwi mieszkańcy kilka razy ostrzegają mnie bym uważał na swój dobytek, gdyż gęsty tłok to raj dla kieszonkowców. Moją wycieczkę kończę docierając nad rzekę i spacerując pomiędzy wzniesionymi na palach budynkami.

Schroniska dla zwierząt

W Iquitos znajdują się conajmniej trzy ośrodki, które trudnią ratowaniem się lokalnych zwierząt.

Manatee Rescue Center

Najbliższy z nich Manatee Rescue Center (MRC), którego motywem przewodnim jest opieka nad manatami, znajduję się zaledwie kilka kilometrów za miastem. Manaty rzeczne to roślinożerne zwięrzęta o aparycji świnki morskiej, których populacja w okolicznych wodach w ostatnich latach drastycznie się zmniejszyła i wynosi obecnie poniżej 10 000 osobników. Kłusownictwo (dla mięsa i skóry) oraz zmniejszanie naturalnego środowiska to główne przyczyny, dla które zwierzęta te są klasyfikowane jako gatunek zagrożony. Młode manaty wymagają stałej opieki matki i nie są w stanie przetrwać w naturalnym środowisku pozostawione same sobie. Po uratowanie takiego osobnika, zanim zostanie wypuszczony z powrotem na wolność, niezbędna jest długa rehabilitacja. Oprócz manatów, w ośrodku znajduje się również wiele innych gatunków zwierząt, które zostały przechwycone na czarnym rynku lub podrzucone pod bramę ośrodka. Manatee Rescue Center utrzymywany jest w głównej mierze przez wolontariuszy i nie otrzymuje żadnych dotacji od państwa. Oprócz opieki nad zwierzętami, duży nacisk kładzie się również na edukację lokalnego społeczeństwa, bez którego powodzenie projektu jest niemożliwe.

Wizyta w ośrodku rozpoczyna się od krótkiego filmu zapoznającego odwiedzającego z historią kompleksu i przybliżającego mu główne cele schroniska. Zwiedzanie MRC odbywa się w towarzystwie przewodnika, który przybliża historię każdego zwierzęcia i opowiada w jaki sposób wygląda opieka nad poszczególnymi gatunkami. Do codziennych obowiązków wolontariuszy należy m.in dbanie o odpowie warunki dla rozmnażania się żółwi rzecznych, dokarmianie wydr i uczestniczenie w codziennych zabawach z małpami.
Zwiedzając kompleks miałem niestety nieodparte wrażenie, że warunki w jakich trzymane są zwierzęta są niezwykle prymitywne. Dało się to zauważyć szczególnie na przykładzie dzikich kotów, których klatki były bardzo małe. Baseny, w których trzymane są młode żółwie i wydry, także sprawiały przygnębiające wrażenie. Pomimo wspaniałej idei jaka przyświeca całemu przedsięwzięciu, nie mogłem pozbyć się myśli, że mogło to być zrobione lepiej. Mimo wszystko jestem przekonany, że przy budżecie jaki posiada MRC, opieka nad zwierzętami stała na najwyższym poziomie.

Pilpintuwasi Butterfly Farm

Pilipintuwasi Butterfy Farm (PBF) to tak naprawdę dzieło jednej kobiety: Austriaczki Gudrun Sperrer, która dzięki swojemu uporowi i determinacji doprowadziła do otworzenia w 2004 roku sierocińca dla zwierząt (data nadania oficjalnego statusu przez rząd). Pracując początkowo jako nauczyciel angielskiego i pomagając peruwiańskiej społeczności we wszelkich projektach, postanowiła założyć farmę motyli, mającą być lokalną atrakcją i sposobem na przeżycie. Jej zaangażowanie w projekt i miłość do zwierząt sprawiły, że zyskała poparcie okolicznych biologów i wsparcie mieszkańców. Zaczęto jej podrzucać przechwycone zwierzęta i szybko stało się jasne, że działalność ośrodka daleko wybiega poza początkowe założenia. Doprowadziło to do utworzenie sierocińca dla zwierząt z oficjalnym błogosławieństwem rządu.

Po krótkiej podróży łódką i 15 minutowym spacerze docieram do PBF. Znalezienie ośrodka nie jest trudną sprawą, lecz trzeba uważać, gdyż zaraz obok oryginalnego sierocińca znajduje się „konkurencyjna” farma założona przez było pracownika o przypadkowo podobnej nazwie. Po uiszczeniu opłaty wstępu, wolontariuszka oprowadza mnie po kompleksie, w którym oprócz tytułowej farmy motyli znajduje się wiele rodzajów małp, trzy leniwce, tukan, kapibara, ocelot jak i największy lokator: jaguar Pedro. Zwiedzanie sierocińca zajmuje niecałą godzinę, podczas której poznaję kolejnych mieszkańców PBF i robię obowiązkowe zdjęcia. Niestety pomimo pozytywnego nastawienia mojej przewodniczki, nie jest w stanie odpowiedzieć na wszystkie moje pytania (dlaczego jaguar ma mniejszy wybieg niż kapibara?) co pozostawia mnie z lekkim niedosytem. Największym rozczarowaniem jest jednak, usłyszenie, że ze względu na koszta i biurokrację, większość zwierząt skazana jest na życie w zamknięciu do końca swoich dni. Okazuje się, że pomimo oficjalnego statusu sierocińca, za każdorazowe wypuszczenie zwierzęcia na wolność rząd peruwiański pobiera opłatę od kilkuset do kilkunastu tysięcy dolarów, co jest przeszkodą nie do przeskoczenia, dla utrzymującego się z dotacji ośrodka. W najlepszym położeniu jest chyba jaguar Pedro który znalazł sponsora, opłacającego jego pożywienie do końca życia (jaguar tygodniowo zjada ilość mięsa za około 3000 zł*). Peruwiański rząd po raz kolejny pokazuje, że inwestycje w środowisko i kulturę (odsyłam do wpisu o Trujillo) nie należy do jego priorytetów.

Isla de los Monos

Isla de Los Monos (ILM) to wyspa sztucznie zasiedlona przez ponad 200 małp, które stały się ofiarą nielegalnego handlu zwierząt. W 1997 roku 450 hektarowa wyspa została przekazana przez peruwiański rząd w prywatne ręce z przeznaczeniem na sanktuarium dla małp. 8 lat zabrało doprowadzenie (zalesiania i pozbywanie się chwastów) jej do warunków pozwalających na sprowadzenie pierwszych lokatorów. Obecnie Isla de Los Monos to unikalne miejsce, gdzie małpy żyją na wolności i tylko nieliczne osobniki, wymagające opieki trzymane są w klatkach, aż do ich usamodzielnienia.

Dotarcie na wyspę wymaga trochę gimnastyki i często sprawia, że jest pomijana przez część turystów. Po dwugodzinnej podróży i skorzystaniu z dwóch łódek, stawiam wreszcie pierwsze kroki w tym niezwykłym miejscu. Już na wstępie jestem witany przez krzyki okolicznych małp, które w młodym wieku uwielbiają bawić się z turystami. Zwiedzanie ILM odbywa się w asyście pracownika, który wskazuje różnice pomiędzy poszczególnymi gatunkami małp i opowiada o opiece nad nimi. Trafiam akurat na porę karmienia i z zachwytem obserwuję jak małpy obierają owoce i walczą między sobą o dostęp do pożywienia. Cały czas też zaczepiają swoich opiekunów domagając się uwagi i zachęcając do zabawy. Mój zachwyt przekracza wszelkie granice, gdy jedna z nich wskakuje na moją głowę traktując mnie jako środek lokomocji, gdy wchodzimy wgłąb wyspy. Należy zaznaczyć, że małpy po osiągnięciu pewnego wieku, stają się mniej towarzyskie i rozbiegają się po całej ILM, trzymając się z dala od ludzi. Ich potrzeba bliskości w młodym wieku jest naturalna i nic nie jest zrobione pod oczekiwania turystów. Podczas spaceru oprócz małp spotykam również leniwce, które prawie cały dzień przesypiają na szczycie drzew. Obchód kończę przyglądając się i bawiąc z najbardziej zadziornymi mieszkańcami sanktuarium. Isla de Los Monos to niezwykle radosne miejsce, a wizyta na wyspie to jedna z najlepszy rzeczy jakie zrobiłem podczas całej mojej podróży.

Dżungla

W czasie długiej podróży do Iquitos, zapoznaję się z pracownikiem rezerwatu Pacaya-Samira, będącym największym parkiem narodowym w Peru. Wizja odwiedzin tego miejsca wydaje mi się bardzo kusząca, a po pozytywnych wrażeniach z wycieczki do Tambopata National Reserve, mam ochotę na więcej. Nieopatrznie zostawiam więc swój numer telefonu, by przez kolejne dni być nękanym przez osoby mające zorganizować mi wycieczkę życia. Nie wątpiąc w ich dobre intencje decyduję się jednak poszukać agencji na własną rękę i kierując się ocenami na tripadvisorze i zdrowym rozsądkiem wybieram jedną z nich. Postanawiam skorzystać z nadążające się okazji i dołączam do grupy, która zdecydowała się na 4 dniowy wariant wycieczki wgłąb dżungli. W porównaniu do spędzonej w luksusowych warunkach nocy w rezerwacie Tambopata, tym razem ma być bardziej survivalowo. Ze względu na obszar chroniony w Pacaya-Samira nie ma pełnych wygód, przystosowanych pod turystów kwater i jest się skazanym na spanie pod namiotem. Nie przeszkadza mi to specjalnie, a wizja obserwacji wielu gatunków dzikich zwierząt, w pełni mi to wynagradza.

Okazuje się, że moja grupa złożona jest z podróżującej wspólnie peruwiańskiej rodziny i hinduskiej dziewczyny. Nie pierwszy rzut oka nie wyglądają na osoby chętne do tułania się po dżungli i spania na dziko, jednak zakładam, że zdają sobie sprawę jaki typ wycieczki zarezerwowali. Naszym przewodnikiem zostaje Jose, członek wspólnoty „20 de Enero” będącej jedną z kilku znajdujących się na terenie wchodzącym w skład parku narodowego Pacaya-Samira. Osady te były zamieszkane jeszcze przed utworzeniem rezerwatu i dzięki temu otrzymały specjalny status pozwalający jej członkom na swobodne poruszanie się wewnątrz ściśle chronionego terenu. Ojcu towarzyszy 12 letni syn Hechi, który pod okiem taty zdobywa pierwsze szlify jako przyszły przewodnik. Pierwszy dzień mija nam na podróży do granicy parku, krótkim spacerze wewnątrz terenu wspólnoty i nocnej wycieczce nad pobliskie jezioro. Podczas krótkiej przechadzki w świetle naszych czołówek szukamy kajmanów, a mi udaje dostrzec się się grupkę leniwców.

Drugiego dnia przemieszczamy się wgłąb rezerwatu i rozbijamy nasz pierwszy obóz. Udajemy się na spacer do otaczającej nas zewsząd dżungli, gdzie Jose toruje nam drogę maczetą. Poznajemy kilkanaście rodzajów drzew, w tym moje ulubione „drzewo wędrujące” (podobna palma: Socratea exorrhiza), które dzięki unikalnej rozpiętości swoich gałęzi może przemieszczać się nawet o kilkanaście cm w ciągu roku. W ramach klasycznych technik przetrwania w amazońskim gąszczu, uczymy się również jak rozpoznawać drzewa zawierające wodę, a także w jaki sposób sygnalizować swoją pozycję, gdy się zgubimy (uderzając maczetą o specyficzny typ drzewa). W godzinach popołudniowych kąpiemy się w rzece, która okazuje się być wybawieniem od żaru lejącego się z nieba i wyniszczającej wilgotności powietrza. Towarzyszą nam delfiny rzeczne, których obecność w tych rejonach nie jest niczym szczególnym. Dzień kończymy nocną przejażdżką łódką, gdzie mamy możliwość wsłuchiwania się w odgłosy dżungli i podziwiania krystalicznie czystego nieba.

Ze względu na panujące temperatury, rytm dnia wyznacza nam wschód i zachód słońca. Chodzimy spać koło godziny 19:00, a wstajemy w okolicach 5:30. Trzeciego dnia, spływamy rzeką dalej na południe i rozbijamy obóz nad wodą. Dzień upływa nam na standardowych spacerach po okolicy, podczas których mam okazję zabawić się w Mowgliego i przetestować wytrzymałość amazońskich lian. Największa atrakcją jest jednak odkrycie kolonii żółwi na lokalnej plaży. Kąpiąc się w rzece, przypadkiem natrafiamy na miejsce złożenia jaj i grupkę kilkunastu osobników. Po wykluciu, przebywają one jeszcze jakiś czas pod pokrywą piasku, która jest ich naturalnym schronieniem przed drapieżnikami. Musimy je wszystkie wyłapać, gdyż są jeszcze za młode na samodzielne przetrwanie w wodach amazonki. Przenosimy je w bezpieczne miejsce, gdzie pozostawiamy je na pastwę losu.

Ostatniego dnia, z samego rany, wyruszamy na przeprawę przez dżunglę w nadziei na wytropienie jakiegoś zwierzęcia. Do tej pory nie mieliśmy za dużo okazji do podziwiania dzikiej fauny, a utopijne wizje o szansie spotkania anakondy, muszę raczej włożyć między bajki. Ze względu na zanieczyszczenia i obecność ludzi, większość dzikich zwierząt znajduje się w bardziej niedostępnych częściach rezerwatu Pacaya-Samira, do których dotarcie zajmuje nawet tydzień., Oczywiście dużo też zależy od szczęścia i nawet w terenach przygranicznych można spotkać np. jaguara (widzieliśmy tylko ślady). Jose podczas spacerów robi wszystko by udało nam się w zobaczyć jak najwięcej zwierząt, a tym razem zapuszczamy się w wyjątkowo niedostępny obszar dżungli. Udaje nam się usłyszeć odgłosy nawoływania małp i postanawiamy podążać ich śladem. Teren robi i się coraz bardziej nieprzystępny, a pod naszymi stopami wyrasta bagno. Mimo wszystko decydujemy się iść dalej (zostawiając przy tym większą cześć peruwiańskiej rodziny w tyle), a nasza przechadzka zamienia się w brodzenie w wodzie po kolana. Po kwadranse przedzierania się, nasz trud zostaje wynagrodzony i dostrzegamy upragnione małpy siedzące na szczycie drzewa. Obserwuję je przez kilka minut i robię parę nieostrych zdjęć, po czym wracamy po resztę grupy. Reszta dnia mija nam na powolnym powrocie do cywilizacji.

Po spędzeniu prawie tygodnia w w Iquitos, kupuję bilet do La Paz i rozpoczynam boliwijski etap swojej przygody.

*kwota na pewno źle zapamiętana