Iquitos, założone przez jezuitów w drugiej połowie XVIII wieku i liczące obecnie ponad 400 tyś mieszkańców, jest największym na świecie miastem do którego nie można dotrzeć drogą lądową. Swój gwałtowny rozwój zawdzięcza boomowi kauczukowemu (1880 – 1914), kiedy to z niewielkiej mieściny przerodziło się w stolicę regionu. W tym okresie do Iquitos przybyło wielu Europejczyków, zbijających fortunę na eksporcie cennego surowca, a ich wpływy w architekturę i instytucje kulturowe widoczne są w mieście do dzisiaj. Bliskość amazońskiej dżungli, okrzykniętej jednym z 7 nowych cudów natury, sprawia że do metropolii każdego roku przybywa prawie ćwierć miliona turystów.

Pomysł dotarcia do amazońskiej stolicy za pomocą śródlądowego transportu wodnego, rodzi się w mojej głowie w momencie poznania w hostelu pewnej pary, chcącej w ten sposób przekroczyć granicę pomiędzy Ekwadorem i Peru. Szukając sposobu ucieczki od typowo turystycznych metod przemieszczania się, stwierdzam, że kilkudniowa podróż na statku transportowym (regularne kursy pasażerskie nie istnieją), będzie świetną przygodą i okazją do poznania ciekawych ludzi. Spływ rzeką jest możliwy z dwóch miejscowości: Pucallpa (około 5 dni) lub Yurimagaus (3 dni). Z Huaraz bliżej mam do tej pierwszej i po wyczerpującej, 2 dniowej podróży, docieram w końcu do tej chaotycznej mieściny.

Samo znalezienie portu z którego wypływa statek transportowy „Henry” (rzekomo o najlepszej reputacji) nie jest łatwym zadaniem. Poziom wód dopiero zaczął się podnosić i łodzie nie cumują przy głównym doku. Po krótkich poszukiwaniach i dotarciu na miejsce, zasięgam języka by dowiedzieć się, że podróż jak najbardziej jest możliwa, a statek wypływa jutro. Pełen ekscytacji i niepokoju, zaopatruję się swój własny hamak (jak się później okazuje, przepłacając za niego 3 krotnie) i melduję się o umówionej godzinie na pokładzie. Przyzwyczaiłem się już trochę do latynoskiego sposobu pomiaru czasu i byłem raczej świadomy, że godzina wypłynięcia najprawdopodobniej się zmieni. Nie byłem jednak gotowy na dwudniowe opóźnienie. Pierwszy dzień dzielnie przeczekuję na pokładzie, spędzając tam noc i testując mój nowy nabytek. O poranku, widząc pokład zapełniający się ludźmi, jestem przekonany, że godzina wypłynięcia się zbliża. Nadzieje moje jednak są złudne i wieczorem okazuje się jednak, że data rozpoczęcia rejsu została przełożona na 12:00 kolejnego dnia. Sfrustrowany wracam do hostelu, aby jeszcze ostatnią noc spędzić w cywilizowanych warunkach. W dniu wypłynięcia, stawiam się z małym poślizgiem o godzinie 15:00 na pokładzie, by wreszcie po pomijalnym – 2h opóźnieniu, odbić od brzegu.

Szybko okazuje się, że muszę zweryfikować moje utopijne marzenia o ciekawej i pełnej przygód podróży. Na „Henrym” jestem jedynym gringo, obłożenie ludźmi jest ogromne, a główną rozrywką jest spożywanie pokarmów podawanych o nie do końca regularnych porach. Śniadanie zaczyna się często około 6:00, obiad podawany jest w okolicach godziny 11:00, by dzień zakończyć kolacją o 17:00. Wszystkie posiłki to tak naprawdę wariacje na temat ryżu z kurczakiem lub tłustej zupy z najtańszym makaronem. Podczas przystanków, w pomniejszych mieścinach na trasie, można zakupić także od lokalnych sprzedawców smażone ryby i zawinięte w liście juane. Moim ulubionym deserem stają się zaś lody z zamrożonego soku z aguaje.

Kolejne dni spędzam wylegując się w hamaku i czytając jedną z nielicznych anglojęzycznych książek, którą udało mi się profilaktycznie zakupić, jeszcze przed wypłynięciem. Nudzę się strasznie, a i rozmowy z miejscowymi nie wybiegają poza tradycyjne „skąd jesteś i co tutaj robisz?”. Zauważam, że ulubioną rozrywką moich współpasażerów, uskutecznianą każdego wieczora, jest gra w karty za drobne pieniądze. Na „Henrym” znajduję się mini bar w którym można kupić trochę słodyczy i podróbkę coli, nie ma jednak, co dziwne, w ofercie alkoholu. Komfort podróży nie jest może najwyższy, ale najwyraźniej dyscyplina na pokładzie musi zostać utrzymana.

Główną niedogodnością spływu rzeką Ukajali, oprócz niewyobrażalnego ścisku i braku własnej przestrzeni, są wątpliwej jakości warunki sanitarne. Do dyspozycji pasażerów jest oddanych 5 umywalek i rząd toalet. Toalety pełnią również funkcję prysznica, nad sedesem znajduje się zawór, który służy za deszczownicę. Problemem jest to, że woda do mycia jest pobierana prosto z rzeki. Z rzeki do której Peruwiańczycy wyrzucają wszystkie znajdujące się pod ich ręką śmieci i której kolor można przyrównać do typowej kałuży. Kąpiel w takich warunkach może mieć efekt odwrotny od zamierzonego, jednak podejmuję ryzyko, nie będąc w stanie wytrzymać prawie tygodnia bez mycia.

Dni dłużą się niesamowicie, szybko popadam w rutynę robienia tych samych czynności o ustalonych porach. Obserwuję życie na pokładzie i staram się nie tracić cierpliwości do wrzeszczących i biegających na wszystkie strony dzieciaków. Przekrój wiekowy pasażerów jest naprawdę spory i bardzo często w podróż udają się całe rodziny. W przypadku większej ilości osób rachunek ekonomiczny jest bardzo prosty i łatwo zrozumieć dlaczego miejscowi decydują się na taki środek transportu. Szybko dochodzę do wniosku, że jeśli o mnie chodzi, kupno biletu samolotowego, droższego tylko około 2,5 raza, nie byłoby takim złym pomysłem. Mam dużo czasu na dywagacje, na całe szczęście, po pięciu dniach nużącej podróży, w końcu docieramy do celu.

Iquitos z założenia ma być moim ostatnim przystankiem w Peru. Pierwotny plan zakładał, że po dotarciu do miasta, wyruszę dalej barką do Leticia (około 2 dni), kolumbijskiego miasta tworzącego trójstyk z sąsiednią Brazylią i Peru. Następnie złapię kolejną łódź (podobno o wiele wyższym standardzie), tym razem do Manaus, z którego będę przedostawał się na południe, w kierunku Boliwii. Na papierze wszystko wyglądało ekscytująco, jednak po odbycie pierwszego etapu wyprawy, postanawiam zrewidować swoje plany. Nie chce tracić tyle czasu na samym przemieszczaniu się i postanawiam, że z Iquitos wrócę, jak cywilizowany człowiek, samolotem.