Jednym z najpopularniejszych trekingów w paśmie Cordilliera Blanca jest Santa Cruz trek. Po spędzeniu kilkunastu dni w Huaraz i odbyciu kursu skałkowego, postanawiam powrócić na szlak i za cel obieram sobie zrealizowanie tej słynnej 4 dniowej trasy. Mając w pamięci trudy Salkantay Treku, długo waham się nad skorzystaniem z usług agencji i pokonaniem drogi jako członek zorganizowanej grupy. Ceny wydają się na tyle wyśrubowane, że opcja wykupienia wycieczki jest niezwykle kusząca. Ostatecznie pseudo ambicja bierze jednak górę i w przypływie chwili kupuję w supermarkecie zapasy pożywienia na 4 dni, by następnego poranka o 6:00 być już w collectivo zmierzającym do Yungay.

Santa Cruz trek można zrealizować w obydwóch kierunkach. Zachowując resztki zdrowego rozsądku decyduję się na wariant łatwiejszy, który początek ma w miejscowości Vaquería położonej na wysokości 3700 m n.p.m. Po niecałych dwóch dniach wspinania droga doprowadza nas do przełęczy Punta Union (4750 m n.p.m.), by następnie nagrodzić nas kilkunastokilometrowym zejściem do wioski Cashapampa (2900 m n.p.m). Poświęcając kilka dodatkowych godzin, podróż można urozmaicić odwiedzając pobliskie laguny. Klasyczny wariant trasy pozwala na pokonanie mniejszej ilości przewyższeń, lecz wymaga więcej czasu by dotrzeć z Huaraz do punktu startowego treku.

Dzień 1: Vaquería – Paria 

Początkowo podróż przebiega bez zakłóceń, jednak po dotarciu do pierwszego punktu przesiadkowego sprawa się komplikuje. W Yungay melduję się około 7:40 i szybko dowiaduję się, że collectivo do Vaquería mające odjechać o 8:00 opuściło dworzec przed czasem zabierając komplet pasażerów. Nie mając innego wyjścia, zmuszony jestem cierpliwie czekać 1,5 godziny na odjazd mojego busa. Jego mozolna wspinaczka szutrową drogą trwa jeszcze dłużej niż zakładałem i finalnie pierwsze kroki na trasie stawiam dopiero koło godziny 13:00. Jako, że nie analizowałem wcześniej dokładnie profilu drogi i nie wiem tak naprawdę ile godzin marszu mnie czeka, wpadam w lekką panikę. Ta szybko jednak mija, gdy na trasie spotykam jedną ze zorganizowanych wycieczek zmierzających w tym samym kierunku. Ich późny wymarsz oznacza, że wszystko jest pod kontrolą i pierwszy dzień można traktować jako rozgrzewkowy. Faktycznie, po niecałych 4 godzinach docieram do punktu kempingowego Paria (3850 m n.p.m.) i przed zachodem słońca udaje mi się rozbić namiot i przygotować pożywny posiłek (makaron z tuńczykiem, a jakże!).

Dzień 2: Paria – Punta Union –  Taulipampa

Początek drugiego dnia nie zwiastuje nadchodzącej tragedii. Po sycącym, owsiankowym śniadaniu około godziny 8:40 ruszam w trasę. Zapasy mojej butelkowanej wody szybko się kończą i uzupełniam ją (jak zawsze zresztą) z pobliskich strumyków. Szybko okazuje się, że o ile w smaku nie czuć żadnej zmiany, to dla mojego żołądka różnice są dosyć spore. Spokojne podejście pod przełęcz zostaje zamienione w walkę o życie i bieganie co pół godziny w krzaki. Po kilku godzinach jestem już tak wykończony, że poważnie zastanawiam się nad rezygnacją i zawróceniem. Mając jednak na uwadze, że po pokonaniu przełęczy droga będzie wiodła tylko w dół, decyduję się iść dalej. Ze względu na częste przystanki i całkowite wyczerpanie organizmu tempo mam ślamazarne. Około 13:20 zdobywam najwyższy punkt treku: Punta Union 4750 m n.p.m. Na szczycie czeka na mnie… pies, który leniwie przygląda się jak pokonuję ostatnie metry wzniesienia. Jego obojętna postawa wyraźnie daje do zrozumienia, że to wytrawny wspinacz, mający w swoim dorobku niejeden szczyt. Po zrobieniu kilku fotek mojemu nieoczekiwanemu towarzyszowi, ruszam w dalszą drogę. Zejście do kempingu Taulipampa zajmuje mi kolejne dwie godziny. Ostatkiem sił rozbijam namiot i przygotowuję sobie posiłek, mając nadzieję że dawka zaaplikowanych leków pozwoli na małą, kaloryczną regenerację.

Dzień 3: Taulipampa – Laguna Arhuaycocha – Llamacorral

Noc przebiega fatalnie. Nie mogę zasnąć i czuję jakby w moim żołądku odbywał się rockowy koncert. Nad ranem decyduję się zrezygnować ze śniadania, którego głównym składnikiem jest mleko. Będąc rozsądnym człowiekiem zdecydowałbym się na podążanie prosto do kampingu Llamacorral, dając tym samym sobie trochę czasu na regenerację. Niestety, w mojej głupiej głowie została zasiana myśl, że pominięcie kawałka (dodatkowego!) odcinku treku spowoduje całkowitą dyskwalifikację całego przedsięwzięcia, do czego osoba ambitna nie powinna dopuścić (xD). Mimo słabego samopoczucia decyduję się na podejście pod punkt widokowego na lagunę Arhuaycocha (4420 m n.p.m.). Docieram tam przed godziną 12:00 i szybko okazuje się, że mój rzekomo pusty żołądek nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Przeklinając swoją upartość, z przerażeniem sprawdzam na mapie, że czeka na mnie jeszcze 15 km drogi. Zachodzi obawa, że nie zdążę przed zmrokiem co działa mobilizująco i przyśpieszam trochę tempo marszu. Zryw nie trwa jednak długo i zapasy energii ze zjedzonego snickersa i garści rodzynek szybko się wyczerpują. Człapiąc w kierunku obozu spotykam lokalnych tragarzy, którzy widząc moje cierpienie, dają cenne rady i częstują pisco, który określają remedium na wszelakie problemy żołądkowe. Napój okazuje się faktycznie wyśmienity, wysokie stężenie alkoholu działa niezwykle szybko i po przejściu 20 metrów pozwala mi zwrocić niewielkie zapasy zgromadzonej wody (tylko to zostało). Dziękując w myślach lokalnej społeczności, około 18:00 docieram w końcu do Llamacorral. Nie próbuję nawet nic jeść, wczołguję się tylko do namiotu i szybko zasypiam z nadzieją na lepsze jutro.

Dzień 4: Llamacorral – Cashapampa

Lepsze jutro nadeszło i rano budzę się z całkiem dobrym humorem. Co prawda nadal wolałbym przeteleportować się do Huaraz i oszczędzić sobie ostatniego dnia trekkingu, jednak czuję znaczną poprawę zdrowia. Dla bezpieczeństwa i tym razem rezygnuję ze śniadania i zadowalam się niezawodnymi batonami energetycznymi. Wyruszam w trasę około 9:40, ta przebiega bez większej historii i o godzinie 12:50 melduję się przy budce strażniczej, zwiastującej koniec szlaku. W Cashpampie, czekając na collectivo, wypijam zwycięskie piwo i obiecuję sobie rewizję swoich  górskich planów. Do Huaraz docieram pod wieczór, po kilkunasto-godzinnej podróży w minivanie, która nie wydłuża się w żaden sposób po przejechaniu bezpańskiego psa. 

Huaraz będące moim domem przez ostatnie trzy tygodnie jasno daje mi do zrozumienia, że najwyższa pora się stąd wynosić. Kieruję się do Pucallpy, skąd będę próbował przedostać się do Iquitos.