W każdą sobotę w niewielkim, liczącym około 40 tys mieszkańców miasteczku, 110 km na północ od Quito, odbywa się jeden z najważniejszych targów w całym paśmie Andów. Jego historia sięga czasów pre-inkaskich kiedy to był jedynym miejscem spotkań tubylców na codzień mieszkających w odległych częściach amazońskiej dżungli. Niezwykłe zdolności tkackie mieszkańców Otavalo (otavaleńczyków?) wybiegały daleko poza granice prowincji i spowodowały rozsławienie tego niewielkiego miasteczka na cały kraj. Obecnie Otavalo i jego targ jest jedną z najpopularniejszych atrakcji turystycznych szeroko promowanych przez Ekwadorski rząd.


Nie ukrywam, że miałem spore oczekiwania i bardzo chciałem zobaczyć to miejsce.  Ze względu na to, że byliśmy w Quito dopiero jeden pełny dzień i mieliśmy jeszcze pare rzeczy do zobaczenia, zdecydowaliśmy się przyjechać do Otavalo bezpośrednio ze stolicy. Wiedziałem, że warto być tam jak najwcześniej, dlatego narzuciliśmy sobie twardy reżim i ustawiliśmy budziki na 5 rano.  Wyprawa do Otavalo zajęła ponad 3 godziny, lecz około 10 byliśmy na miejscu. Swoje kroki od razu skierowaliśmy na Plaza de Ponchos, gdzie już w ulicach doń biegnących, przywitał nas tłum ludzi i multum stanowisk ze wszelakimi towarami. Królowały oczywiście tekstylia w postaci dywanów, szalów, swetrów, ponch i innych ręcznie robionych (czy na pewno?) ubrań. Wszystko to niezwykle kolorowe, lecz jak się szybko przekonaliśmy robione na jedną modłę.

W jednej częśći placu dominowały z kolei stanowiska gastronomiczne, gdzie posilali się głównie straganiarze. Dużą popularnością cieszą się wszelkie dania z kurczakiem jak i imponująca swoimi rozmiarami świnia z rusztu.

Pokręciliśmy się po okolicy i chyba żeby nie czuć, że przyjechałem tutaj na marne stwierdziłem, że wesprę lokalny przemysł. Zakupiłem rękawiczki, spodnie i poncho. Wszystko wygląda super tylko nie wiem, jak to pomieszczę w upchanym do granic możliwośći plecaku. Sybilla zachowała się o wiele bardziej rozsądnie i dbając o wspólny budżet zdecydowała się na nabycie pamiątkowego magnesu.

Ostatnim punktem wycieczki była wizyta na targu zwierząt. Był to dla mnie (Sybilla woli tekstylia) najciekawszy punkt programu, a widok świnek morskich sprzedawanych jako lokalny przysmak, mocno naznacza różnice kulturowe pomiędzy Europą a Ekwadorem.