Do Huaraz przybywam z mocnym postanowieniem wypoczęcia i zwolnienia tempa wyprawy. Ostatnie dwa miesiące były nieustanną pogonią za kolejnymi atrakcjami, pod presją zbliżającego się powrotu Sybilli do Polski. Teraz, mając w zapasie więcej czasu, postanawiam zadomowić się w jednym miejscu na dłużej. Mimo, że wizyta w Huaraz oznacza de facto cofnięcie się na północ Peru, wizja malowniczych trekingów wzdłuż pasma sześćiotysięczników pobudza moją wyobraźnię i przekonuje do słuszności podjętej decyzji.

Po przyjeździe do Huaraz okazuje się, że dla spragnionego nowych widoków turysty, miasto samo w sobie nie ma kompletnie nic do zaoferowania. To jego strategiczne położenia sprawia, że jest bazą wypadową do zwiedzania parku narodowego Huascarán i pasma gór Cordillera Blanca. Pierwsze dni spędzam wypoczywając i orientując się w ofercie niezliczonych agencji turystycznych. W planach mam zrobienie czegoś nowego i odejście od standardowego modelu górskich eskapad, polegającego na zrobieniu jak największej ilości trekkingów w jak najkrótszym czasie. Szukam kursu wysokogórskiego, który pozwoliłby mi na zdobycie nowych umiejętności i zrobienia naturalnego kroku naprzód jeśli chodzi o wspinaczkę w wymagających warunkach. W zapasie zostawiam sobie również opcję zapisania się na kurs skałkowy, który byłby kontynuacją moich pierwszych kroków stawianych na sztucznych ścianach we Wrocławiu. Niestety październik okazuje się już schyłkiem sezonu i znalezienie czegokolwiek w akceptowalnej kwocie jest niemożliwe. Ceny przy indywidualnym kursie zaczynają się od 150$ za dzień, gdzie trzeba się nastawić na wykupienie minimum 4 dni zajęć. W przypływie rezygnacji decyduję się na skierowanie swoich kroków do hostelu, który według internetowych rekomendacji, jest doskonałym miejscem do znalezienia partnera wspinaczkowego. Poznaję tam właściciela Gustavo, wyluzowanego 30 paroletniego rastafarianina, który szybko kieruje mnie na właściwe tory i zapoznaje z odpowiednimi ludźmi.

Jednym z nich jest Cesar, szkolący się na certyfikowanego przewodnika wspinacz, o aparycji gościa, który bardziej odstrasza niż wzbudza zaufanie swoim wyglądem. Mimo wszystko, z braku innych opcji, decyduje się na współpracę i po dobiciu targu umawiamy się na 4 dniowy kurs skałkowy na okolicznej ściance Los Olivos. Jako, że biznes nakręca biznes, wypożyczam jeszcze cały niezbędny sprzęt od Gustavo i za mniej niż połowę ceny normalnego kursu jestem gotowy do rozpoczęcia szkolenia. Kolejne cztery dni nie różnią się specjalnie od siebie. Pomiędzy godzinami 10:00-15:00poznaję podstawowe techniki asekuracji i ćwiczę je na okolicznych drogach. Większość nowych rzeczy zostaje przedstawiona mi pierwszego dnia, a kolejne spędzam na praktyce posiłkując się wskazówkami i poradami instruktora. Uczę się jak zakładać i sprzątać po sobie stanowisko asekuracyjne, oraz jak efektywnie prowadzić drogę . Moje nieprzyzwyczajone do wspinania się w skale ręce szybko zostają zmasakrowane i po drugim dniu wspinanie się bez plastrów staje się prawie niemożliwe. Cesar okazuje się bardzo dobrym nauczycielem, dzięki czemu szybko przyswajam wszystkie nowe informacje i czuję, że robię postępy. Cztery dni kursu mijają błyskawicznie, a ja jestem zadowolony z dobrze zainwestowanych pieniędzy. Bardzo jestem ciekaw jak poznane przeze mnie techniki wypadają na tle profesjonalnego szkolenia w Polsce. Niestety najbliższa możliwość sprawdzenia, najprawdopodobniej dopiero na wiosnę.

Po zaspokojeniu wewnętrznej potrzeby samokształcenia czas przeprosić się z górami i pozwiedzać okoliczne cuda natury. Po zrealizowaniu Santa Cruz treku (o którym w następnym wpisie) decyduję na zbadanie okolicznych lagun, które można zobaczyć realizując jednodniowe wycieczki.

Zwiedzanie najbliższej laguny Wilcacocha przerywa ulewa, która łapie mnie w połowie dwugodzinnego podejścia do jeziorka. Przeklinając swoje zamiłowanie do późnego wstawania, decyduję się zawrócić i odpuścić wątpliwą przyjemność podziwiania w strugach deszczu okolicznej panoramy. Październik to faza przejściowa między porą deszczową i bezchmurne niebo to raczej niespotykane zjawisko. Coraz częściej po południu następuje nagła zmiana pogody, a słońce chowa się za chmurami, zwiastującym intensywne opady.

Mając w pamięci niepowodzenie poprzedniego dnia, na zwiedzania laguny Churup postanawiam się w pełni zmobilizować. O godzinie 8:00 nad ranem jestem już w collectivo mającym zawieść mnie do miejscowości Pitek, będacej początkiem treku. Po godzinie męczącej podróży docieramy do punktu kontrolnego, gdzie uiszczam opłatę za wstęp na teren parku narodowego i rozpoczynam podejście. Nachylenie trasy jest bardzo duże i z trudem przychodzi pokonywanie kolejnych metrów drogi. Po miesiącach treningów jestem jednak na to psychicznie gotowy, a i sam szlak to tak naprawdę niecałe 4km wspinaczki. Po dwóch godzinach jestem na miejscu i podziwiam błękit krystalicznie czystego jeziora i wyłaniającego się zza chmur ośnieżonego szczytu Nevado Churup. Po naładowaniu baterii rozpoczynam strategicznym odwrót widząc zbliżające się załamanie pogody. Zrywa się grad, który łapie mnie podczas schodzenia zaporęczowanym łańcuchami odcinkiem trasy. Po pokonaniu najtrudniejszego etapu w czasie największej nawałnicy, pogoda jakby na przekór rozpogadza się, co pozwala na spokojne zejście do czekającego na turystów, collectivo. Wracam do hostelu i po paru dniach decyduję się na zwiedzenie jeszcze jednego jeziora: laguny Paron, skąd ma się rozpościerać panorama na rozsławiony przez logo wytwórni Paramout szczyt Artensonraju (5999 m n.p.m.). Tym razem ze względów logistycznych decyduję się na skorzystanie ze zorganizowanego transportu i wykupuję wycieczkę w jednej z agencji.

Wyruszamy o godzinie 8:00 rano, a dotarcie do laguny zajmuje ponad trzy godziny. Tak naprawdę szutrowa droga prowadzi tuż pod samo jezioro, a sama wycieczka sprowadza się do dwugodzinnej przechadzki, którą można odbyć w przerwie pomiędzy przejażdżką vanem. Oczywiście po godzinie 11:00, o której zjawiamy się u celu, tracimy jakiekolwiek szanse na bezchmurne niebo. Mimo wszystko podchodzę do punktu widokowego z którego nic nie widać i zrezygnowany udaję się na spacer wzdłuż jeziora. Artensonraju przykryty jest gęstymi chmurami i muszę się pogodzić, że dzisiaj ominie mnie szansa na zrobienie efektownego, pamiątkowego zdjęcia. Po dwóch godzinach, wracamy wyboistą drogą do Huaraz, które na wejściu wita mnie strugą deszczu. Nie mając pewności co do korzystnych warunków pogodowych w następnych dniach decyduję się na rozstanie z peruwiańskimi górami i postanawiam udać się w podróż do Iquitos. Już wkrótce przekonam się, że wyprawa do położonego wgłębi dżungli miasta jest przygodą samą w sobie.