Szukając kolejnych wrażeń, po spędzeniu w Cusco wystarczająco sporo czasu, swoje kroki kieruję do Arequipy. Położone w cieniu wulkanu El Misti i szczytu Chachani, drugie co do wielkości peruwiańskie miasto, zostaje moim domem na kilka następnych dni. Pierwsze z nich poświęcam na odpoczynek i zwiedzenie lokalnych atrakcji. Najciekawsze z nich wydają się Monastery de Santa Catalina i Museo Santuarios Andinos. 

Klasztor, mieszczący się w samym centrum miasta, stanowi relaksująca ucieczkę od zgiełku latynoskiego miasta i pozwala na poznanie ascetycznych warunków w jakich przez lata (założony w 1580 roku, pierwszy raz udostępniony zwiedzającym w 1970), w totalny odosobnieniu żyły zakonnice. Cały kompleks zajmuje niebagatelny obszar 20 000 m², a wśród licznych korytarzy i zakamarków nie trudno się zagubić. Każdej ulicy towarzyszy inny kolor otaczających ją murów, co nadaje temu miejscu niesamowity klimat. Monastery zwiedzam bez przewodnika, mimo tego, dzięki wyczerpującym opisom, jestem w stanie zaznajomić się z historią klasztoru. Miejsce jest jak najbardziej godne polecenia, nie tylko fanom zwiedzania kościołów i innych budynków sakralnych.

Museo Santuarios Andinos, mieszczące się klika przecznic dalej, pozwala zapoznać się z niesamowitą historią inkaskiej dziewczynki Juanity. Tak jak kilkanaście innych, odnalezionych do tej pory dzieci, jest ona ofiarą ceremonii, która odbywała się na szczycie okolicznych gór w celu zapewnienia sobie przychylności bogów. Zwiedzanie muzeum rozpoczyna się od krótkiego 20 minutowego filmu przedstawiające odkrycie amerykańskiego archeologa i wspinacza Johna Reincharda, który jak pierwszy, całkowitym przypadkiem, natknął się na pozostałości Juanity. Poznajemy także przebieg jego kolejnych ekspedycji,  która na tej samej górze (Nevado de Ambato ) odkryła dwa kolejne ciała. Dzięki sprzyjającym warunkom na szycie, ciało w doskonale zachowanym stanie, możemy podziwiać do dzisiaj (co ciekawe, nie jest to pozbawiona wnętrzności mumia, tylko zamarznięte zwłoki). W muzeum można też oglądać  i poznać historię wykopanych artefaktów, które świadczą o bogatym statusie społecznym złożonych w ofierze dzieci. W całych Andach napotkano do tej pory na kilkanaście rytualnych miejsc kaźni, jednak brakuje funduszy (klasycznie) na dalsza eksplorację potencjalnych terenów.


Głównym powodem mojego przyjazdu do Arequipy, jest chęć zobaczenia kanionu Colca. Usytuowany około 160 km na  północny zachód od miasta, to jeden z najgłębszych kanionów na świecie (3km głębokości). Na jego zwiedzanie trzeba przeznaczyć od jednego do kilkunastu dni, a mnogość okolicznych tras trekkingowych przyprawia o zawrót głowy. Można nawet wybrać się w podróż w poszukiwaniu źródła Amazonki, której to początek został wytypowany właśnie w okolicy kanionu. Tym razem wybieram skromny wariant dwudniowy, rozpoczynając i kończąc swój trek w Cabanaconde. W dolinie znajduje się kilkanaście wiosek, dzięki którym trasę będę w stanie pokonać na lekko, nie martwiąc się o spanie i jedzenie.

Pierwszego dnia o 6:30 łapię autobus do słynnego punktu widokowego: Cruz del Condor. Jest to główna atrakcja wszystkich zorganizowanych wycieczek i po przybyciu na miejsce, dołączam do sporej grupy, oczekujących w napięcie, turystów. Głównym sprawcą zamieszania jest rodzina kondorów, która w pobliżu punktu widokowego ma swoje gniazdo. Każdego ranka (najczęściej w porze suchej), miedzy godzinami  7:00 – 10:00 można podziwiać jak szybują nad zboczami kanionu, wykorzystując do tego strumień ciepłego powietrza. Te majestatyczne stworzenia są największym latającym ptakiem na ziemi (licząc rozpiętość skrzydeł i wagę) i jednocześnie symbolem potęgi i długowieczności (dożywają 70 lat) w kulturze wszystkich górzystych krajów Ameryki Południowej. Obserwowanie kondorów to w dużej mierze kwestia cierpliwości i szczęścia. Najlepiej usytuować się w jednym punkcie i nie ruszać się z miejsca. Chcąc złapać jak najlepsze ujęcie, często zmieniam swoją pozycję i nie zauważam, że turystów cały czas przybywa. Kondory nieskłonne są do pozowania, lecz parę razy, łaskawie przelatują tuż nad głowami zachwyconych gapiów. Widok jest piorunujący. Usatysfakcjonowany z niezwykłego początku dnia, około godziny 9:30, łapię powrotny autobus do Cabanaconde.

Trekking rozpoczynam od długiego zejścia do podnóża kanionu. Robiąc zdjęcia przy punkcie widokowym nie zauważam, że źle oparłem plecak o kamień i przeżywam chwilę strachu gdy widzę jak mój ekwipunek stacza się w dół zbocza. Na szczęście mam więcej szczęścia niż rozumu i plecak zatrzymuje się po kilkunastu metrach. Na jego wydobycie tracę jednak pół godziny i dopiero około 10:30, finalnie rozpoczynam moją wędrówkę. Zejście kilometr wgłąb kanionu przebiega bez dalszych przygód i zajmuje prawie trzy godziny. Przekraczając most, będący zwiastunem znalezienia się na dnie kanionu, okazuję bilet kosztujący 70 soli (całkiem sporo jak na standardy peruwiańskie) i zakupuję niezwykle drogą wodę. Teraz czeka mnie trudniejsza część wędrówki, czyli około 500 metrowe podejście do małej wioski Tapay. Przed 16:00 docieram do celu i zatrzymuje się w jedynej gospodzie w okolicy. Mam zaszczyt być jedynym gościem w „hostelu” i z tego co wyczytuję w zeszycie meldunkowym, odwiedziny poza sezonem, raczej nie należą do codzienności. Twarz gospodarza wydaje mi się być dziwnie znajoma i dopiero nazajutrz orientuje się, że widziałem ją na jednym z licznych, okolicznych plakatów wyborczych. Cóż za zaszczyt!

Początek drugiego dnia to łagodne zejście do Oasis de Sangalle. Po drodze mijam okoliczne wioski, gdzie w prawie każdej można napotkać na boisko piłkarskie. Peruwiańczycy szaleją za piłką i nawet w tropikalnym Puerto Maldonado, w centrum lasu deszczowego znajdowało się pełnowymiarowe boisko z idealnie przystrzyżoną trawą. W dniu meczów kadry, ulice pustoszeją, a okoliczne bary zapełniają się wiernymi kibicami. Prawdziwe szaleństwo odbywało się podobno podczas mundialu, na który to Peru zakwalifikowało się po 36 latach przerwy. 

Przed finalnym zejściem do Sangalle (2150 m n.p.m.), strategicznie rozstawiony handlarz oferuje mi litr wody za około 8 zł i uprzejmie informuje, że na dole będzie tylko drożej. Budzi to moje wewnętrzne poczucie niesprawiedliwości i decyduję się tylko na zakup kilku dodatkowym owoców. Oasis de Sangalle to tak naprawdę mini kurort z kilkunastoma domkami, gdzie turyści mogą spędzić nocleg. Niewątpliwym autem są także małe baseny, przy których można znaleźć chwilę orzeźwienia i uciec od palącego słońca. Wiedząc, że czeka mnie strome podejście, postanawiam skorzystać z tego luksusu i za drobną opłatą schładzam się w basenie. Regeneruję siły i wypoczywam około dwóch godzin. W momencie maksymalnego zagęszczenia turystów postanawiam się ewakuować i około 13:00 rozpoczynam bardzo strome podejście. Wcześniej, sprawdzam jeszcze ceny wody, te jednak przekraczają jakiekolwiek granice przyzwoitości i ostatecznie w drogę udaję się z moją podręczną 0,8l butelką, napełnioną w pobliskim strumyku.

Czterokilometrowe podejście do usytuowanego 3287 m n.p.m. Capanaconde to prawdziwa siła woli. Mimo słońca skrytego za chmurami, ciągła wspinaczka niezwykle stromym zboczem, szybko wysysa ze mnie resztki sił. Szybko okazuje się, że litrowa butelka wody to znacznie za mało i niczym James Franco w 127 godzinach, muszę niezwykle rozważnie gospodarzyć swoimi zapasami (na szczęście obyło się bez picia własnego moczu). Zlepek krążących wokół mnie, niczym sępy much, tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że takie wyzwania najlepiej zostawiać na początek dnia, gdy jest się w pełni sił. W końcu, po morderczej walce, czując niesamowitą ulgę, docieram na szczyt zaznaczony symbolicznym krzyżem. Przysięgam, że nigdy nie byłem tak zmęczony i odwodniony. Lonely Planet wskazuje, że podejście można pokonać od półtorej godziny (ponadprzeciętnie wysportowani) przez dwie i pół godziny (wysportowani) do ponad trzech godzin (statystyczny szarak). Nie muszę chyba wskazywać do jakiej grupy wpadłem. 

Noc spędzam w hostelu z klasycznym problemem ciepłej wody i nad ranem łapię powrotny autobus do Arequipy. Tam rodzi się pomysł zmierzenia się z do tej pory największym, górskim wyzwaniem.