Losy pulosa

Menu Close

Jak nie zwiedzać Rainbow Mountain

Bardzo nie lubię zorganizowanych wycieczek. Kryterium jakości w większości przypadków jest cena, a przy budżetowym wyjeździe trzeba liczyć się z każdą złotówką każdym dolarem. W Peru, w miejscowościach turystycznych, ceny atrakcji szyte są najczęściej pod turystów amerykańskich i kwoty niektórych, bardziej wymagających wycieczek są poza zasięgiem przeciętnego zjadacza chleba. Czasem jednak, do pewnych miejsc nie da się dotrzeć samemu lub podróż ta jest nieopłacalna. Tak jest w przypadku niezwykle kolorowej, wznoszącej się na wysokość 5200 m n.p.m Rainbow Mountain. Góra swoją wielobarwność zawdzięcza bogatej kolekcji minerałów o różnorodnej strukturze chemicznej. W Cusco dosłownie każda agencja ma w ofercie jednodniową wycieczkę na Vinicunca, a ceny kształtują się na poziomie 50-100 soli.

Nie do końca jestem przekonany co do słuszności tej wyprawy, jednak ciekawość i chęć zobaczenia unikalnego zjawiska przyrodniczego biorą górę (a także możliwość odhaczenia przy okazji szczytu powyżej 5000 m n.p.m). Wyjątkowo, nie decyduję się na najtańszą ofertę i wybieram biuro turystyczne z dobrymi opiniami na tripadvisorze, płacąc za całość 80 soli. Według zapewnień agentki mam zostać odebrany o 5:00 ranem spod drzwi hostelu i w grupie maksymalnie 12-15 osobowej (mieszczącej się do vana), udać się na miejsce docelowe. Sama podróż ma potrwać około 4h, a w pakiecie wycieczki zawarte są śniadanie i obiad.

Oczywiście zapewnienia szybko rozmywają się z rzeczywistością. Dzień przed wyjazdem zostaję poproszony o podjechanie do rynku, w celu łatwiejszego zebrania grupy. Po mojej odmowie, dochodzimy do konsensusu i umawiam się na godzinę 4:45 przy głównej arterii miasta. Następnego dnia, o umówionej porze, stoję i marznę, po czym przez smsa dowiaduję się o drobnym opóźnieniu transportu, niemającym jednak wpływu na rzekomą godzinę przyjazdu. Po 45 minutach wyczekiwania, zjawia się mój środek lokomocji, który okazuje się być wypakowanym po brzegi turystami autokarem. Moje wkurwienie sięga zenitu, gdy orientuję się, że jest to zlepek pojedynczych osób z różnych biur, którzy zostali odsprzedani jednej agencji. Walcząc ze sobą, stwierdzam, że w tej sytuacji i tak już nic nie zrobię i zrezygnowany czekam na dalszy rozwój sytuacji.

Po 5h godzinach (plus przerwie na wykwintne śniadanie składające się z herbaty i bułki z marmoladą) docieramy na miejsce. W międzyczasie do naszego autokaru dołącza drugi, który jest obsługiwany przez tą samą agencję. Do punktu początkowego szlaku, patrząc po ilości zaparkowanych vanów, docieramy jako ostatni. Sama trasa na szczyt to 5 km niezbyt stromego podejścia, jednak ze względu na wysokość startową (4477 m n.p.m), niezbędna jest wcześniejsza aklimatyzacja. Kilka dniu w Cusco może nie wystarczyć i najlepiej jest odbyć chociaż jeden trekking na wysokości powyżej 4000 m n.p.m. 

Rainbow Mountain stała się do miejscowych prawdziwą żyłą złota, a najintratniejszym biznesem okazuje się usługa wynajęcia konia w celu wprowadzenia na szczyt nieprzygotowanych turystów. Widok 60 letniej staruszki, żwawo prowadzącej osiołka, dźwigającego bedącą mocno przy kości amerykankę, jest jednocześnie komiczny jak i smutny. Każdy chce zobaczyć piękną górę, jednak niektórzy nie mają na tyle samokrytycyzmu, żeby swoje oglądanie ograniczyć do ekranu komputera. 

Mając już całkowity obraz tego co się dzieje na szlaku, żwawo ruszam naprzód, chcąc przynajmniej wyprzedzić ekipę wchodzącą w skład naszego autokaru. Po niecałych trzech godzinach dochodzę na szczyt i już z daleka widzę, że jest on oblegany ze wszystkich stron. Całe szczęście sama góra jest ogrodzona, co zapobiega zadeptaniu jej przez nadgorliwych fotografów. Na Vinicunca, można dotrzeć z dwóch stron i jak łatwo się domyśleć to ta druga okazuje się być o wiele bardziej malownicza. Będąc u celu, próbuję zrobić parę zdjęć, gimnastykując się przy tym niesamowicie w celu uniknięcia złapania robiących selfie współtowarzyszy. Rainbow Mountain sama w sobie jest naprawdę ładna, wielobarwność okolicznych gór wywołuje podziw, lecz cała radość zostaje zaburzona natłokiem turystów. Nie wiem czemu, ale w przypadku Machu Picchu chmara ludzi zupełnie mi nie przeszkadzała, tutaj jednak nie potrafię się odnaleźć. Po 20 minutach na szczycie postanawiam wracać do autokaru. Na dole melduję się przed 14:00 i zgodnie z przewidywaniami jestem zmuszony czekać na resztę grupy. Po półtorej godziny (sic!) oczekiwania wycieczka zostaje zebrana w całość i udajemy się w drogę powrotną. Robimy przystanek na obiad (naprawdę dobry) i do Cusco docieramy około 20:30 (zgodnie z planem mieliśmy być koło 18:00).


Zwiedzanie Rainbow Mountain jest możliwe dopiero od kilku lat, kiedy to stopniał lodowiec przykrywający szczyt góry. Za wstęp na szlak pobiera się od odwiedzających opłatę w wysokości 10 soli, jednak ilość osób nie jest w jakikolwiek sposób kontrolowana. Pomimo tak krótkiego czasu, intensywna turystyka zdążyła wywrzeć nieodwracalne zmiany w bezpośrednim otoczeniu góry. Nastąpiła silna erozja okolicznych skał, a naukowcy obawiają się, że w niedalekim czasie może doprowadzić to do całkowitego zaniknięcia charakterystycznej barwy z której słynie Vinicunca. Obecnie trwa dyskusja, czy wzorem Machu Picchu, nie wprowadzić dziennego limitu osób mogących podziwiać to piękne zjawisko natury. 

© 2019 Losy pulosa. All rights reserved.

Theme by Anders Norén.