Po powrocie z Machu Picchu wypoczywamy kilka dni w Cusco, u sprawdzonych gospodarzy z airbnb. Od początku naszego przyjazdu do Ameryki Południowej wiedzieliśmy, że jednym z obowiązkowych punktów podróży, będzie wizyta w rezerwacie wchodzącym w skład amazońskiego lasu deszczowego. Krótkie rozeznanie w ofertach biur podróży, uświadamia nam, że wyprawa do dżungli może pochłonąć więcej pieniędzy niż się spodziewaliśmy. Początkowo chcieliśmy udać się do Parku Narodowego Manú, lecz kilkudniowe wycieczki rozpoczynały się od ponad 600$ od osoby. Dotarcie do granic parku we własnym zakresie też nie należy do najłatwiejszych, a ze względu na nasze ograniczenie czasowe, jesteśmy zmuszeni szukać innych alternatyw. Ostatecznie decydujemy się na 12h podróż do Puerto Maldonado, miasteczka znajdującego się de facto wewnątrz Amazonii. Jedziemy w ciemno, mając nadzieję na zorganizowanie wszystkiego na miejscu.

Po długim pobycie w górach, Puerto Maldonado wita nas tropikalnym klimatem i żarem bijącym z nieba. Nasz hostel znajduje się poza granicami miasteczka, by do niego dotrzeć maszerujemy 45 minut po szutrowej drodze, pełnej śmieci dookoła. Dbaniem o środowisko w Peru nikt się za bardzo nie przejmuje. W miastach kubły na śmieci to rzadkość, a i świadomość wśród obywateli jakby mniejsza. Widok kierowcy autobusu wyrzucającego odpady przez okno, nikogo tu nie dziwi. Za to śmieciarki podczas przejazdu grają wesołą muzyczkę przypominającą  melodię puszczaną przez samochody z lodami. Informuje to właścicieli okolicznych domów i knajp o nadjeżdzającym pojeździe i przypomina by wynieść kubły na zewnątrz.

Gospodarz Roger na wejściu oferuje nam śniadanie z kawą i zaprasza do wielkiego stołu, gdzie codziennie goście hostelu wraz z całą rodziną, jadają wszystkie posiłki. Od razu daje się wyczuć rodzinną atmosferę i niezwykły klimat bijący z tego miejsca. Domek mieści się zaraz przy rzece, a sama dżungla jest na wyciągnięcie ręki. Po zbadaniu sytuacji okazuje się, że właściciel ma do zaoferowania również dwie wycieczki, w skład których wchodzi spływ po rzece i spacer po tropikalnym lesie. Zachęceni pozytywnymi opiniami reszty gości, decydujemy się na obie z nich. 

Na pierwszą wyprawę zrywamy się przed świtem i zostajemy wywiezieni tuk-tukiem (jeden z najpopularniejszych środków transportu w miasteczkach o suchym klimacie) kilkanaście kilometrów poza miasto. Pakujemy się do łódki i płyniemy poprzez coś, co przypomina staw utworzony w środku lasu. Lawirujemy pomiędzy palmami i otaczającą nas zewsząd roślinnością. Podziwiamy wschód słońca i budząca się do życia faunę. Sprawia to niesamowite wrażenie, a krystalicznie czysta woda i odbijające się w jej lustrze drzewa, potęgują wrażenie tajemniczości. Skrzek niezliczonej ilości różnego rodzaju papug buduje niezwykły nastrój. Po nacieszeniu się otaczającą nas przyrodą, przystępujemy do ulubionego zajęcia polskich budowlańców, czyli wędkowania. Łowimy małe piranie na zawleczone na sznurek resztki kurczaka. Metoda jest bardzo prosta i sprowadza się do energicznego pociągnięcia za żyłkę, w momencie gdy ryby zaczynają oskubywać przynętę. Teoria teorią, a w praktyce nie jest to jednak takie proste. Ostatecznie po wielu próbach, cały skład łódki złowił przynajmniej jedną piranię. Po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia, jak przystało na porządnych obywateli turystów, wypuszczamy zdobycz z powrotem do jeziora. Z poczuciem spełnienia wracamy do hostelu, by odespać skróconą noc i po kilku godzinach udać się na następna wycieczkę.

Tym razem startujemy zaraz spod domu. Płyniemy turystycznym canoe wzdłuż granic parku narodowego Tambopata. Przybijamy do niewielkiej przystani, gdzie pojedyncze łodzie transportowe przewożą auta i pasażerów chcących skorzystać z jednej z nielicznych dróg znajdujących się po drugiej stronie rzeki. Idziemy kawałek, po czym wchodzimy wgłąb lasu tropikalnego. Gospodarz, mieszkający w okolicy całe życie, pokazuje nam otaczającą nas roślinność i wyjaśnia czym charakteryzują się konkrente gatunki flory. Wskazuje nam jadalne owoce poszczególnych drzew i zwraca uwagę na ślady pozostawione przez różnego rodzaju zwierzęta. Udziela też survivalowych wskazówek i pokazuje lokalny odpowiednik bambusa, w którym nawet w czasie największych upałów zbiera się drogocenna woda. Wszystko podane w ciekawej formie i z pełnym zaangażowaniem. W dżungli spędzamy czas aż do zapadnięcia zmroku, kiedy to większość zwierząt wychodzi na żer. Wracamy naszym canoe i wypatrujemy odpoczywające przy brzegu kapibary. Jest ich całe stado, podpływamy bardzo blisko i w blasku latarki przewodnika podziwiamy te zabawne zwierzęta. Na sam koniec, łapiemy mały okaz kajmana  i studiujemy jego anatomię. Do hostelu wracamy późnym wieczorem, gdzie czeka na nas ciepły posiłek (oczywiście z kurczakiem).

Chcąc dotrzeć wgłąb rezerwatu Tambopata, dla przeciętnego zjadacza chleba, nie ma innej drogi niż wykupienie zorganizowanej wycieczki. Kilkanaście agencji wybudowało przy granicy parku narodowego luksusowe domki, które są oferowane turystom w pakiecie z całym szeregiem atrakcji pozwalającym na obcowanie z naturą. Po zasięgnięciu rady u właściciela, zostaje nam polecona jedna firma, gdzie po okazjonalnej cenie wykupujemy dwudniową wycieczkę. Pierwszego dnia, po długiej podróży autem, jeszcze dłuższym oczekiwaniu na transport i krótkiej przejażdżce łódką, docieramy do naszej kwatery. Okazuje się, że rezydencja został wybudowana dosyć niedawno, a my możemy cieszyć się z luksusu nowo powstałych domków. Jest to rodzinny biznes i widać spore zaangażowanie naszego przewodnika, który w ten biznes włożył wszystkie swoje oszczędności. Poza standardowym spacerem po dżungli i nocną przejażdżką łodzią, nasz pierwszy dzień nie wyróżniał się niczym szczególnym. Drugiego dnia o 5 rano wstajemy na główną atrakcję całej wyprawy. Płyniemy godzinę w dół rzeki lawirując pomiędzy wystającymi konarami drzew. Koryto Tambopaty zwęża się  znacznie na tym odcinku, a odnalezienie bezpiecznej drogi pośród lawiny wystających kamieni i gałęzi to nie lada wyzwanie. W końcu docieramy do clay lick (nie wiem jak to dosłownie przetłumaczyć), żerowiska papug, gdzie każdego ranka można podziwiać niezwykły spektakl tych barwnych stworzeń. Jest bardzo głośno i kolorowo. Kilkanaście rodzajów papug od ogromnych tropikalnych ar poprzez małe amazonki (doceńcie, musiałem googlować) przylatują w jedno miejsce, obsiadają okoliczne palmy i posilają się czerwoną gliną, której odsłonięcie było możliwe dzięki erozji brzegów. Dzięki lornetkom, zabranym przez przewodnika, możemy bez przeszkód przyglądać się temu unikatowemu zjawisku. Pokaz trwa do około 2 godziny i w pewnym momencie nagle się urywa, gdy wszystkie ptaki ulatniają się w tym samym czasie. Nie pozostaje nam nic innego jak zjeść pożywne śniadanie i udać się w powrotną podróż do naszych domków.

W połowie drogi powrotnej zatrzymujemy się i odbywamy długi spacer wgłąb dżungli. Udajemy się do miejsca, gdzie można spotkać najwięcej zwierząt z nadzieją na spotkanie najrzadszego z nich – króla dżungli jaguara. Jest strasznie duszno i wilgotno, kończy się nam preparat na insekty i jesteśmy żywcem pożerani przez małe muszki, pozostawiające po sobie niesamowicie swędzące bąble. Udaje nam się wypatrzeć tylko kilkanaście rodzajów małp oraz różne rodzaje insektów, ale i tak nie jesteśmy zawiedzeni. Po obiedzie, wracamy do Puerto Maldonado, gdzie odbiera nas Roger. Kupujemy bilet autobusowy na następny dzień, po czym oddajemy się błogiemu nic nie robieniu. Niestety poranek dnia wyjazdowego wita mnie nagłym pogorszeniem zdrowia. Cały dzień spędzam pomiędzy łóżkiem i toaletą, przeklinając 40 stopniowy upał za oknem. W myślach umieram już na malarię lub od ugryzienia nieznanego gatunku pająka. W desperacji  prosimy o pomoc gospodynię (nasze lekarstwa wraz z resztą bagażu zostawiliśmy w Cusco), która ratuje mnie medykamentami i pomaga przełożyć bilet na następny dzień. Pełni wdzięczności opuszczamy Puerto Maldonado i wracamy do, zbyt dobrze już nam znanego, Cusco.